Wszystkie wpisy, których autorem jest g.k.m.gorski

Pax Germanica czyli o ostatnim podejściu do budowy niemieckiej Europy

Trwają próby ustalenia w jaki sposób doszło do gwałtownej erupcji problemu koronawirusa na świecie (polecam ciekawy tekst na portalu Fronda: https://www.fronda.pl/a/pandemia-czy-juz-iii-wojna-swiatowa,141916.html).

Podniesione w tym tekście tezy, weryfikowane są dzisiaj jako prawdziwe ustaleniami wywiadowczymi i trudno oprzeć się wrażeniu, że pandemia nie jest dziełem przypadku. 

Nie ulega też już dziś żadnej wątpliwości, iż z jednej reakcja na to zjawisko była po prostu histeryczna, ale w warunkach bardzo ostrych sporów politycznych w krajach demokratycznych, wymuszona została logiką wewnętrznej „walki politycznej”. Z drugiej zaś strony, kiedy w efekcie owej histerycznej reakcji doprowadzono właściwie na całym świecie do całkowitego zamrożenia gospodarki, sytuacja ta zaczęła być wykorzystywana przez rządy, korporacje międzynarodowe, instytucje finansowe – innymi słowy używając pewnej symbolicznej figury – uczestników szczytu w Davos, do swoistego zagospodarowania tej sytuacji. 

Nie jest to nic nadzwyczajnego i trudno się dziwić że nawet w takiej sytuacji, a może przede wszystkim w takiej sytuacji, możni tego świata nie zamierzają altruistycznie oczekiwać na rozwój wydarzeń. Przeciwnie, właśnie wykorzystując zasłonę dymną w postaci stworzonej histerycznej atmosfery i paniki, a także pozornych działań pomocowych, łatwiej ukrywać rzeczywiste działania i posunięcia.

W kolejnych tekstach postaram się zarysować kilka scenariuszy, które jak sądzę są już dzisiaj rozgrywane przez czołowych graczy na światowej szachownicy. Tu znowu odwołam się do innego ciekawe tekstu na Frondzie (https://www.fronda.pl/a/tylko-u-nas-czy-chiny-wygraja-iii-wojne-swiatowa,142416.html), gdzie rozważano pytanie czy Chiny wygrają III wojnę światową. Do tego wątku odniosę się w kolejnych materiałach, tutaj jednak skonstatuję iż podzielam pogląd, iż jesteśmy świadkami rozwijającej się III wojny światowej, który rozgrywa się już od minimum 2-3 lat na kilku teatrach, choć toczona jest  – przynajmniej na razie – przy pomocy innego niż jesteśmy tradycyjnie przyzwyczajeni, oręża.

W tym tekście skoncentruję się na kilku kwestiach dotyczących w sposób najbardziej bezpośredni dotykających Polskę. Chodzi tu bowiem o jeden z dwóch rozstrzygających o naszej sytuacji czynników – politykę niemiecką.

Niemiecki prymus w walce z pandemią

Jeśli prześledzimy większość doniesień medialnych na temat sytuacji epidemicznej w Niemczech, generalnie można odnieść wrażenie, że Niemcy to jedyny kraj na świecie (no może poza Chinami i Rosją), który świetnie radzi sobie z pandemią. Co ciekawe, to nie tylko media niemieckie operujące w języku polskim w naszym kraju (a jest ich zdecydowana większość), ale również olbrzymia część mediów lewicowo – liberalnych w zachodniej Europie (a takie przecież tam zdecydowanie dominują), suflują obraz pompowany przez niemiecką propagandę rządową. Zaś owa niemiecka propaganda rządowa praktycznie każdego dnia donosi :

– o malejącej ilości zachorowań w Niemczech,

– o imponującej ilości uzdrowień w Niemczech,

– o minimalnej ilości zgonów w Niemczech, wreszcie

– o fantastycznej walce  A. Merkel i jej rządu z pandemią oraz 

– o największej w skali świata trosce tegoż rządu o gospodarkę.

Co z tego że fakty, nawet te które wynikają z całkowicie niewiarygodnych statystyk niemieckich, wyglądają inaczej (polecam tekst o owej niemieckiej wiarygodności: https://niezalezna.pl/325935-poprawianie-statystyk-zgonow-niemcy-sami-nie-wiedza-ile-osob-umiera-na-covid-19) . Co z tego że kiedy ktoś postawi niemieckim instytucjom konkretne pytania, nie otrzyma żadnej odpowiedzi. To przecież nie ma żadnego znaczenia. Kontrolowane przez niemiecki rząd poprzez niemieckie koncerny media i tak będą suflować ten sam, pełen rewerencji przekaz dla „niemieckich osiągnięć”.

Można byłoby przejść nad tym do porządku dziennego – w końcu Chiny czy Rosja mają jeszcze lepsze statystyki i też nie brakuje na świecie idiotów, którzy będą traktować je jako wiarygodne. Dlaczego jednak w tym wypadku mamy do czynienia z grą, która w oczywisty sposób urąga elementarnej inteligencji. Wystarczy bowiem porównać parametry „pandemiczne” Niemiec i Francji, aby nie mieć najmniejszych wątpliwości, jak głęboko fałszywy obraz suflują Europie Niemcy. Mimo tego brną w to, nie oglądając się na żadne pojawiające się znaki zapytania, o przyzwoitości nawet nie wspominając.

Wytłumaczenie tego jest jedno. Ta propagandowa zasłona dymna ma służyć fundamentalnemu celowi. 1 lipca 2020 roku Niemcy obejmują prezydencję w Unii Europejskiej. Obejmują ją – jak piszą już otwarcie niemieckie media (a więc oświadcza niemiecki rząd) na kolejne półtora roku. Dlaczego? Kolejne prezydencje to Portugalia i Słowenia – Niemcy otwartym tekstem głoszą już dzisiaj, że te dwie „słabe” prezydencje będą wymagały ich kurateli (jak pisze niemiecki organ POLITICO – „it may be just the right moment to have a powerful nation, with a reputation for efficiency, in charge”). A więc mają półtora roku, dysponując poza swoją prezydencją, także swoim przewodniczącym Komisji Europejskiej oraz podporządkowanym niemieckiemu  kierownictwu, Europejskim Bankiem Centralnym we Frankfurcie. 

Jeszcze zanim wybuchała pandemia, Niemcy nie kryli się z tym, że będą dążyć do „uporządkowania Europy” przez te półtora roku. Służyć miał temu „ambitny program” de facto trzech prezydencji, po realizacji którego mieliśmy już oglądać „inną Europę”. 

Niemiecka prezydencja w Unii 2020 – 2021 a konsekwencje pandemii

Jest pewnym chichotem historii fakt, iż długo oczekiwana przez Niemcy prezydencja  przypadła w tak dramatycznym momencie. Myliłby się jednak ten kto sądziłby, że to dla Niemiec zły scenariusz. Ich poprzednia prezydencja przypadała bowiem w początku 2007 roku i z uwagi na podobną sekwencję kolejnych prezydencji, w praktyce trwała do połowy 2008 roku. Pod niemiecką kuratelą, przy fikcyjnej prezydencji portugalskiej i debiutującej prezydencji słoweńskiej (pierwszy kraj z rozszerzenia Unii w 2004 roku, który piastował prezydencję) Europa stawiała czoła ówczesnemu kryzysowi wywołanemu krachem instytucji bankowych.

Dzisiaj Niemcy przypominają, jak to dzięki ich przywództwu ówczesna Unia, a zwłaszcza Euro, uratowały się przed upadkiem. To właśnie ten resentyment jest dziś ogrywany bezwględnie przez niemiecką propagandę. Skoro już raz przeprowadziliśmy was – Europejczycy – przez Armagedon, to kto to dzisiaj zrobi lepiej? 

Oczywiście z niemieckiego punktu widzenia, był to czas wykorzystany wspaniale do wzięcia pod but całej Unii. Kryzys strefy Euro, zwłaszcza skutki upadku Grecji, dały Niemcom znakomite narzędzie do utwierdzenia ich dominacji w Unii Europejskiej. To miała być podbudowa, aby za parawanem tejże Unii, awansować do grona jednego z trzech liderów świata. Być może nawet – w obliczu degenerującej Amerykę prezydentury Obamy – stać się tego świata liderem. Plan ten ostatecznie się nie powiódł. Nie godzący się na niemiecki dyktat Anglicy skrajnie osłabili aspiracje Unii do liderowania światu, nowy prezydent USA D. Trump zrewidował w niekorzystnym dla Niemiec kierunku politykę Ameryki, chiński prezydent Xi zgłosił swoje – sprzeczne z niemieckimi – aspiracje do przywództwa nad światem. Do tego doszły czynniki wewnątrzeuropejskie – trwająca stagnacja ekonomiczna w strefie Euro i strukturalny kryzys finansowy największych obok niemieckiej gospodarek europejskich (Francja, Hiszpania, Włochy), dobijająca europejską zdolność do konkurencji szaleńcza polityka pseudoklimatyczna i wreszcie – cios który osobiście pogrzebał pozycję A. Merkel w Europie i świecie – absurdalna polityka migracyjna i jej konsekwencje społeczne.

W tym kontekście kolejne półtoraroczne przywództwo niemieckie w UE na gruzach pozostawionych przez pandemię wydaje się wręcz darem losu. To dlatego niemiecka propaganda rządowa z taką pieczołowitością czuwa nad wizerunkiem Niemiec, jako niezatapialnego lotniskowca (by nie powiedzieć tu o europejskiej Arce Noego), na którym mogą się schronić inni i dobrnąć do szczęśliwego brzegu. Niemieckie media i ich narodowe mutacje (tak jak wspomniane polskojęzyczne media funkcjonujące w Polsce), prześcigają się w podnoszeniu niemieckich przewag i także budowaniu nadziei na to, iż nowy Pax Germanica uratuje ich przed nieuchronną katastrofą.

Plan jest jasny i oczywisty, niemieckie pragnienia i żądze niezmienne od stuleci, pozostaje jednak pytanie, czy Niemcy są w stanie sprostać takiemu wyzwaniu.

Niemiecki potencjał rzeczywisty wobec skali aspiracji

Trzeba najpierw zastanowić się, czy Niemcy samodzielnie dysponują potencjałem który pozwoli im zrealizować tak ambitne zamierzenie. Tym bardziej, że większość rzetelnych niemieckich ekonomistów – bo tacy też przecież są – sygnalizuje otwartym tekstem, iż skala obecnego kryzysu gospodarki niemieckiej jest największa od czasów po II wojnie światowej. Przyjrzyjmy się co to oznacza w realiach finansowych. 

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF – danymi z tego źródła będę posługiwał się dalej) niemiecki PKB na koniec 2019 roku wyniósł 3,86 bln. USD. W 2010 roku, kiedy Niemcy jako pierwsze uporały się ze skutkami kryzysu, osiągnęły PKB na poziomie 3,81 bln. USD. W ciągu dekady niemiecki PKB wzrósł zatem jedynie o 50 mld. USD. To i tak nieźle w porównaniu z Japonią, której PKB w tym czasie spadł z 5,79 bln. USD do 5,15 bln. USD. Na tym tle PKB USA w tym czasie wzrósł z 14,96 bln. USD do 21,44 bln. USD, Chin z 5,81 bln. USD do 14,14 bln. USD, Wielkiej Brytanii z 2,25 bln. USD do 2,74 bln. USD, a nawet Francji z 2,56 bln. USD do 2,72 bln. USD.

Już tylko te dane pokazują, iż mimo wszechogarniającej propagandy niemieckich mediów, o modelowym wyjściu z kryzysu 2007-2008, rzeczywistość jest zupełnie inna. To ewidentna dziesięcioletnia stagnacja niemieckiej gospodarki była głównym hamulcem rozwojowym całej Unii Europejskiej. Zwłaszcza na tle spektakularnego odrobienia strat przez Brytyjczyków – mimo trudnych warunków ich funkcjonowania w ramach Unii – widać wyraźnie skalę tego marazmu.

Jeżeli przy tak słabych wynikach swojej gospodarki Niemcy mimo wszystko odgrywali wiodącą rolę w tym okresie, to wynikało to z tego, iż całkowicie podporządkowali swoim potrzebom wewnętrznym politykę kursową i emisyjną Euro. Euro stało się walutą służącą wyłącznie zdominowaniu przestrzeni europejskiej przez niemiecki przemysł. Ten wykorzystując trzy elementy o których wspominałem już w swoich tekstach (https://grzegorzgorski.pl/2020/04/14/zegnaj-unio/ oraz https://grzegorzgorski.pl/2020/04/21/jak-zbudowac-nowe-ewg/ ) : manipulacje kursem Euro, sztuczne zawyżanie kosztów energii oraz tania siła robocza i niskie koszty transportu do i z Europy środkowej, gdzie zlokalizowano znaczącą część niemieckiej produkcji – wyrugował z Europy większość konkurencji włoskiej, hiszpańskiej, francuskiej, a nawet holenderskiej czy szwedzkiej. To dzięki temu oraz otwartości runku amerykańskiego, zdominowanego przez konsumenta o niemieckich korzeniach etnicznych, Niemcy wytworzyły olbrzymią nadwyżkę w handlu zagranicznym. Ta nadwyżka pozwoliła im znacząco ograniczyć zadłużenie wewnętrzne, chociaż w równym, a może nawet większym stopniu był to efekt dwóch innych czynników. Po pierwsze rząd federalny dokonał gigantycznego transferu zadłużenia wewnętrznego na landy i samorządy niższych szczebli. W efekcie większość landów dźwiga gigantyczne zadłużenie (np. Sama Nadrenia – Północna Westfalia ma ponad 140 mld. Euro zadłużenia czyli mniej więcej równowartość 60% zadłużenia Polski). Po drugie rząd federalny znacząco ograniczył wydatki infrastrukturalne, przez co niemiecka infrastruktura w wielu obszarach zaczyna poważnie odstawać od poziomu europejskiego. Alarmują o tym od lat – bezskutecznie – nawet niemieckie media, zwłaszcza lokalne.

Niemniej te działania w sumie – mimo wykazanej wyżej obiektywnej słabości niemieckiej gospodarki, przyniosły Niemcom dzięki nadwyżkom handlowym i zręcznej propagandzie swobodę, w narzucaniu Europie korzystnych dla siebie rozwiązań. Nie sposób nie zauważyć, że poprzednia niemiecka prezydencja posłużyła im nie tyle do do tego, aby dźwignąć się znacząco w górę, ale wyłącznie do tego, aby kosztem innych ustabilizować na pewnym poziomie swoją pozycję. W tym sensie owe półtora roku od stycznia 2007 do lipca 2008 spełniły znakomicie swoją rolę. I nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Niemcy dzisiaj liczą na to, że po raz drugi uda im się ten sam manewr.

Jest tak bowiem wszelkie przypuszczenia, jakoby Niemcy mogłyby być dla europejskiej gospodarki ową Arką Noego, są całkowicie pozbawione podstaw. Przyjrzyjmy się znowu liczbom.

Wprawdzie niemiecki rząd epatuje optymistycznymi komunikatami, w których zawarte są predykcje iż uda się ograniczyć spadek PKB w 2020 roku do 6 – 7 %, ale nawet dla wspomnianych rzetelnych niemieckich komentatorów, te zapowiedzi nie zasługują na uznanie. Skoro bowiem ten sam rząd i jego szefowa twierdzą, że obecna katastrofa jest porównywalna jedynie z katastrofą powojenną, to założenie iż niemieckie PKB spadnie o 10% w 2020 roku można uznać za wyraz najdalej idącego optymizmu. Spadek zaś w takim stopniu oznacza realnie utratę ca 390 mld USD PKB w 2020 roku. Już tylko ukazanie skali tego ubytku w niemieckim PKB pokazuje, o czym mówimy. Pamiętajmy także, że nawet kreowane w wyobraźni polityków „odbicie” w 2021 roku na poziomie np. (skrajnie optymistycznie 5% wzrostu), pozwoli „odrobić” jakieś 170 mld. USD. Aby dojść do poziomu PKB z 2020 roku Niemcy musiałyby osiągnąć de facto przez trzy lata z rzędu wzrost PKB na poziomie 4 %. Chciałbym widzieć tych ekonomistów i planistów finansowych, którzy postawią choćby 1 Euro swoich pieniędzy na taką projekcję.

Dopiero w tym kontekście można lepiej zweryfikować zapowiedzi transferów olbrzymich kwot w ramach różnych tzw. tarcz antykryzysowych, a zwłaszcza prac nad tzw. Europejskim funduszem odbudowy i perspektywą finansową UE na kolejne siedem lat. Co do zasady bowiem, przyjmuje się że to Niemcy mieliby być głównym sponsorem wszystkich trzech elementów. I o ile co do pierwszego – a więc własnej tarczy antykryzysowej nie ma większych wątpliwości, o tyle co do ich zdolności sponsoringowych trzeba mieć bardzo ograniczoną nadzieję.

Zakładając bowiem ów wariant optymistyczny – a więc spadek niemieckiego PKB o 10% w 2020 roku, oznacza to iż niemiecki PKB wyniesie w tym roku 3,45 bln. USD. O ile w ramach budżetu 2019 roku zadłużenie wewnętrzne Niemiec wynosiło w granicach 60% PKB czyli ca 2,3 bln USD, o tyle te same 2,3 bln. USD przy obniżonym PKB wynosić będzie już ca 68%. I dzieje się tak bez żadnych dodatkowych emisji zadłużenia z tytułu przeciwdziałania pandemii.

Na rok 2020 zaplanowano zrównoważony budżet federalny w wysokości ok. 363 mld. Euro, czyli ca 396 mld. USD. Kiedy jednak ruszyła fala skutków koronawirusa, wydatki federalne z budżetu powiększono o prawie 160 mld. Euro. Już tylko ten zabieg powiększy poziom zadłużenia wewnętrznego do ponad 72%. Ale rząd federalny zapowiedział, iż całość pakietu pomocowego na dzisiaj wyniesie 750 mld. Euro, co w praktyce spowoduje podwyższenie tego poziomu do ca 86%, bo przecież kwoty te pozyskać można jedynie poprzez wyemitowanie dodatkowych instrumentów rządowych. Już tylko to zestawienie pokazuje, jak w najbliższych miesiącach radykalnie zmieni się sytuacja niemieckiego budżetu federalnego i jego zdolności do pozyskiwania środków na rynkach finansowych.

Dodajmy jednak, że z owych 750 mld. Euro aż 600 mld. Euro ma być przeznaczonych na dokapitalizowanie niemieckich przedsiębiorstw, a zwłaszcza niemieckich banków. W pierwszym przypadku jest to związane z obawami przed wykupem niemieckich firm przez ośrodki zagraniczne, w drugim jest to obawa przed skutkami tragicznego niedokapitalizowania niemieckich banków, co może znacząco ograniczać ich zdolność do aktywnego zwalczania skutków kryzysu. Jeśli tak, to oznacza to iż owe 750 mld. Euro to ledwie fragment środków, które trzeba przeznaczyć na odbudowę niemieckiej gospodarki. Można oczywiście założyć, że operacja ta będzie polegała na zwrocie kwot pozyskanych przez rząd z emisji obligacji na udziały w podwyższonych kapitałach tych firm, więc w jakimś sensie jest to operacja obojętna dla rządu, ale nie dla finansów publicznych.

Co to oznacza w praktyce? Przede wszystkim pokazuje to, iż Niemcy nie mają wystarczającego potencjału, aby wygenerować środki niezbędne nawet do szybkiego wyprowadzenia z zapaści własnej gospodarki. Tym bardziej zatem nie są w stanie sfinansować potrzeb pozostałych krajów strefy Euro, nie mówiąc już szerzej o Unii Europejskiej. A z tego wynika konstatacja wprost, iż Niemcom półtoraroczna prezydencja w Unii potrzebna jest przede wszystkim po to, by kosztem innych odbudować swoją gospodarkę. Czyli innymi słowy chcą powtórzyć manewr z lat 2007 – 2008 bowiem właśnie wtedy wykorzystali Unię do odtworzenia swojego potencjału.

Pax Germanica a Unia Europejska

Żeby zrealizować powyższy cel, Niemcy będą musieli przede wszystkim szybko doprowadzić do uskładania jako takiego budżetu Unii Europejskiej. Jak pamiętamy, jeszcze przed wybuchem pandemii nie doszło do zbliżenia stanowisk tzw. Północy z tzw. Przyjacielami spójności. Warto przypomnieć, że negocjacje dotyczyły sporu o środki na poziomie kilku miliardów Euro rocznie i ewentualne podniesienie składki i kilka setnych procenta. Przypomnieć też trzeba, że wpływy budżetu UE na 2020 rok zaplanowano na poziomie niespełna 170 mld. Euro.

Dziś sytuacja jest jednak całkowicie odmienna. Owo ca 170 mld. Euro wpływów do budżetu Unii generowane było przy członkostwie Wielkiej Brytanii. W tej chwili można już całą pewnością założyć, że maksymalnie wzmocniony wynikiem wyborów oraz walką z pandemią B. Johnson, nie dopuści aby choć 1 funt trafił do Brukseli kosztem niezbędnych wydatków na brytyjskie recovery. To zaś oznacza na starcie jakieś 25 mld. Euro mniej, czyli kwotę ok. 145 mld. Euro składki do budżetu. Jeśli jednak gospodarki krajów Unii skurczą się o wspomniane min. 10% PKB w 2020 roku, to być może w optymistycznym wariancie uda się wygenerować maksymalnie jakieś 130 mld. Euro wpływów. Zakładając sprawną odbudowę europejskich gospodarek, może nawet przy wzroście o ca 4% PKB rocznie dla całego obszaru, uda się na całe siedmiolecie zabezpieczyć maksymalnie 1,2 bln Euro wydatków budżetowych. Oczywiście jeśli uda się pobudzić te gospodarki do takiego wzrostu. Jednak do tego potrzebny jest dodatkowy zastrzyk finansowy.

Tu docieramy do wspomnianego European Recovery Fund. Ma on zostać skonstruowany przy pomocy „nowych innowacyjnych instrumentów finansowych”, jak zadeklarowali unijni liderzy. Tyle że na razie wartość tego oświadczenia jest mniej więcej taka, jak niegdyś nowomowa sowieckich sekretarzy partyjnych. Aby bowiem wygenerować środki o których się mówi – nie rozstrzygając nawet na tym miejscu, czy mają one być wydatkowane jako granty – czego chcą kraje Południa, czy jako pożyczki – czego chcą kraje Północy – a więc następne ok. 750 mld. Euro, trzeba rzeczywiście niewyobrażalnej innowacji. 

Jedyne co tak naprawdę wchodzi w grę w dającej się przewidzieć przyszłości, to podniesienie poziomu zadłużenia krajów strefy Euro, a także – co ważne z naszego punktu widzenia – pozostałych krajów Unii. Jakie tu jawią się możliwości? 

Pozostawmy na chwilę Niemcy i przeanalizujmy, ile można wygenerować poprzez podniesienie poziomów zadłużenia tych krajów Eurozony i Unii, które są na niższym poziomie niż 87% długu w stosunku do PKB (średnia dla całej Unii). Powyżej tego poziomu pozostają Grecja (180%), Włochy (131%), Portugalia (128%), Cypr (105%), Belgia (104%), Francja (99%), Hiszpania (97%). Z nich zatem nie „wyciśnie się” nic dla wspólnych potrzeb.

Co zatem nam zostaje?

  • Chorwacja – 82% – do uzyskania 3 mld. USD
  • Austria – (79%) – do uzyskania 35,8 mld. USD
  • Słowenia – (79%) – do uzyskania 4,3 mld. USD
  • Węgry – (74%) – do uzyskania 22,1 mld. USD
  • Irlandia – (70%) – do uzyskania 65,3 mld. USD
  • Finlandia – (64%) – do uzyskania 61,9 mld. USD
  • Słowacja – (52%) – do uzyskania 37,1 mld. USD
  • Holandia – (49%) – do uzyskania 343 mld. USD
  • Polska – (46%) – do uzyskania 232 mld. USD
  • Szwecja – (39%) – do uzyskania 254 mld. USD
  • Łotwa – (39%) – do uzyskania 17 mld. USD
  • Litwa – (39%) – do uzyskania 26 mld. USD
  • Rumunia – (39%) – do uzyskania 117 mld. USD
  • Czechy – (35%) – do uzyskania 128 mld. USD
  • Dania – (35%) – do uzyskania 180 mld. USD
  • Bułgaria – (29%) – do uzyskania 38 mld. USD
  • Luksemburg – (19%) – do uzyskania 47 mld. USD
  • Estonia – (9%) – do uzyskania 24 mld. USD

Łącznie „dodłużenie” tych krajów do unijnej średniej zadłużenia, może przynieść ca 1.636 bln. USD, czyli ca 1.47 bln Euro. Hipotetycznie uzyskujemy zatem z tych krajów zdublowany budżet UE na kolejne siedem lat.

W przypadku samych Niemiec Niemiec „dodłużenie” ich do obecnej średniej unijnej przyniesie „jedynie” 800 mld. Euro. To jednak – jak wskazaliśmy – pokrywa wyłącznie potrzeby wewnętrzne niemieckiej gospodarki.

Trzeba oczywiście pamiętać należy, że po pierwsze powyższe zestawienie powyższe dotyczy jednak danych z okresu Belle Epoque, po drugie zaś przyjmujemy najbardziej korzystne parametry rozwoju sytuacji.

Nawet jednak w tych warunkach widać że nawet „dodłużenie” krajów UE do poziomu zapewne w granicach 100% ich PKB, pozwoli wygenerować ca 2,2 bln. Euro. Skoro jednak jednak owo „dodłużenie” Niemiec może jedynie pokryć – optymistycznym wariancie – ich własne potrzeby związane z recovery, nie ma mowy, aby udzieliły wsparcia komukolwiek innemu. W dalszej konsekwencji oznacza to, że na recovery najbardziej dotkniętej części Unii muszą zrobić „zrzutkę” głównie Polska, Holandia, Szwecja, Dania, Czechy, Rumunia, Irlandia i Finlandia. O ile rzecz jasna uporają się z własnymi problemami, ale to kwestia której tutaj nie będziemy rozważać.

Podstawowa zatem konkluzja jest taka, że w rzeczywistości Niemcy nie mają nic do zaoferowania ani Eurozonie, ani Unii Europejskiej. Jedyne co mogą zrobić, to przymusić inne kraje, aby załatwiły pod ich auspicjami w pewnym sensie czarną robotę.

Kto to kupi?

To wszystko jednak opiera się na założeniu, iż z jednej strony rynki finansowe za kilka miesięcy będą funkcjonować tak jak to miało miejsce do końca lutego 2020 roku, z drugiej zaś strony niemiecki przemysł odzyska swoją pozycję zarówno na rynkach europejskich, a zwłaszcza na rynku amerykańskim i wypracuje nie tyle nawet nadwyżki handlowe, ile przynajmniej odprowadzi do budżetu federalnego znaczącą część podatków. Rozważmy zatem te założenia.

Opisana operacja „dodłużenia” krajów strefy Euro i UE jest warunkowana zdolnością do przyjęcia przez rynki finansowe tak olbrzymich emisji papierów rządowych. Powstaje więc proste pytanie, kto tę masę papieru kupi? W okresie Belle Epoque głównymi nabywcami tak wielkich emisji mogły być tylko: 1. Międzynarodowe instytucje i korporacje finansowe, 2. Rządy innych krajów poprzez swoje banki centralne, 3. Chiny lokujące swoje nadwyżki handlowe z zamiarem ich późniejszego wykorzystywania do nacisków politycznych, wreszcie 4. Kraje naftowo – gazowe z nadwyżek w handlu tym towarem.

Poważne instytucje i korporacje finansowe, nawet jeśli wygenerują tak olbrzymie środki (co jest bardzo wątpliwe w obliczu nieuchronnych problemów z pozyskiwaniem środków emerytów z najbogatszych państw, lokujących je w funduszach inwestycyjnych), będą ostrożnie spoglądać na Euro, za którym stać będą najbardziej zadłużone państwa na świecie.

Podobnie rządy innych krajów, muszą kierować się daleko posuniętą ostrożnością i będą szukać pewniejszych inwestycji dla środków swoich obywateli. Chiny w obliczu zmieniającego się nastawienia praktycznie całego świata do współpracy gospodarczej z nimi, nie będą już dysponować porównywalnymi nadwyżkami, a ponadto będą musiały wygenerować olbrzymie środki na recovery własnej gospodarki. Wreszcie szok na rynku ropy i gazy z ostatnich tygodni zżera właśnie wypracowane przez potentatów naftowych „zaskórniaki”. Przyjmuje się ostrożnie, że przez przynajmniej najbliższe dwa lata nie odzyskają oni równowagi po dramacie ostatnich tygodni.

Ale nawet zakładając, iż i w tym wypadku udałoby się wygenerować tym ośrodkom jakieś wirtualne pieniądze, to konkurencją dla europejskich papierów, będą przede wszystkim papiery amerykańskie. Tu zauważmy jedynie, że nawet jeśli Ameryka utraci 10% swojego PKB w 2020 roku, czyli spadnie on do ca 19 bln. USD, to powiększenie amerykańskiego długu wewnętrznego do poziomu obecnej średniej unijnej czyli o ca 5%, da im 950 mld. USD dodatkowych środków. A nie ulega wątpliwości, że owi inwestorzy na rynkach finansowych, w pierwszym rzędzie zainteresują się papierami rządu amerykańskiego, więc dla papierów europejskich pozostaną głównie środki inwestowane przez spekulantów.

Warto na tym miejscu zasygnalizować także, że zgłoszone przez premiera Morawieckiego w kilku artykułach prasowych w czołowych tytułach europejskich propozycje, pozyskania dodatkowych środków dla budżetu UE z nowych podatków nakładanych przez Unię, nie stanowią żadnego realnego lekarstwa w obliczu potrzeb. Pomijając już fakt, iż wprowadzanie takich dodatkowych podatków na ledwo zipiącą gospodarkę europejską będzie kontrproduktywne, to jednocześnie skonfliktuje nas z Ameryką. Tak się bowiem składa, że główne ostrze tych propozycji M. Morawieckiego, uderza właśnie w firmy amerykańskie. 

Jeżeli taki sygnał płynie z kraju, który deklaruje iż chce polegać na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, to można skonstatować że coś tu jest nie tak. Ale pomijając nawet ten – dla Polski przecież kluczowy element relacji z USA – tak się akurat składa, że wojna gospodarcza Europy z Ameryką będąca nieuchronnie następstwem takich propozycji, po prostu dobije Europę. Europa bowiem bez amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa oraz bez dostępu do amerykańskiego rynku po prostu upadnie, Amerykanie zaś bez Europy poradzą sobie bez większych problemów. Warto o tym pamiętać, wychodząc z określonymi inicjatywami.

Pax Germanica a kraje V4 i Międzymorza

Dochodzimy wreszcie do sedna tych rozważań. Czyim kosztem niemiecka prezydencja będzie ratować gospodarkę niemiecką oraz usiłować utrwalać niemiecką dominację w Europie. Wróćmy do naszych wcześniejszych zestawień. 

„Dodłużenie” samych krajów V4 może przynieść – w założeniach prezydencji – ca 420 mld. USD. Kwota godna najwyższej troski. Jeśli dorzucimy do tego trzy kraje bałtyckie oraz unijne kraje bałkańskie, dochodzi ca 250 mld. USD. Razem 770 mld. USD czyli ca 700 mld. Euro. Z grubsza zatem biorąc mamy zidentyfikowanego sponsora niemieckiej recovery. 

Jest bowiem oczywiste, że Niemcy nie wyciągną potrzebnych dla siebie pieniędzy od Holandii, Irlandii, Finlandii, Danii czy Szwecji. Łatwiej – z ich punktu widzenia – uzyskać je kosztem naszego regionu, który pozostaje w daleko idącej współzależności ekonomicznej z ich gospodarką. Można więc założyć scenariusz następujący: Niemcy „troszczą” się o „swoją Mitteleuropę”, broniąc jej przed zakusami Południa i Północy. Jednak za tę obronę każą sobie płacić owymi środkami, na swoją recovery. Z drugiej zaś strony „mediują” między Północą i Południem, aby część środków z krajów północnych przerzucić do znękanych klęską Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Grecji, a zwłaszcza Francji. W imię solidarności rzecz jasna.

To można by rzec – klasyka wilhelmińsko – bismarckowska – czyli to, co Niemcy rzeczywiście potrafią robić nieźle. Czy to im się uda, zależy w największym stopniu od mądrości Polski, pozostałych krajów V4 i Międzymorza. Zależy od tego, czy będą chciały zachować i wzmocnić swoją podmiotowość, czy będą wpisywać się w niemieckie oczekiwania. Yu tkwi sedno problemu, który opisałem w dwóch poprzednich tekstach: Żegnaj Unio…” oraz „Jak zbudować nowe EWG?”.

Jedno jest pewne, rozbudowana niemiecka agentura polityczna w każdym z tych krajów, przy wsparciu stymulowanych z Berlina krajowych mediów, nie traci ani minuty, aby scenariusz niemiecki realizować.

Jak zbudować nowe EWG ?

Jak zbudować nowe EWG ?

Tekst „Żegnaj Unio… Zbudujmy nowe EWG” i towarzyszący mu mój wywiad dla „Frondy” („Opatrzność daje nam wielką historyczną szansę”), spotkały się z zaskakująco dużą reakcją. Pomijając oczywiście głosy zawodowych malkontentów, wielu spośród komentujących ten tekst w różnej formie czytelników, dawało wyraz fatalistycznemu widzeniu polskich szans na cokolwiek. A to, jesteśmy zbyt słabi, a to Niemcy zbyt mocni, a to Rosjanie nie śpią, a to Czesi nam nie ufają… Generalnie „po prostu się nie da”.

Takie myślenie, mające jako całe zaplecze intelektualne głoszenie iż, „niech już będzie tak jak jest” i „jakoś to będzie”, tkwi niestety głęboko w naszym charakterze. Tylko takim geniuszom jak Sobieski czy Piłsudski, a ostatnio Wyszyński i Wojtyła udawało się wyrywać nas z takiego defensywnego myślenia i porywać do wielkich czynów.

Chciałbym wszakże, kontynuując rozpoczęty temat, pokazać kilka ścieżek które osadzają zaproponowaną przez mnie koncepcję w twardych realiach. Najpierw pewien historyczny wstęp.

Inicjatywa Środkowoeuropejska

Od razu się przyznaję, że nie jestem wcale twórcą myślenia o podmiotowości Europy Środkowo – Wschodniej w kategoriach podmiotowych. Już Jagiellonowie tak budowali pozycję Polski w XV i XVI wieku. Po nich zorganizowanie tego obszaru stało się podstawą potęgi Habsburgów na przeciąg ponad trzech stuleci. Dlatego też Niemcy w koncepcji Mitteleuropy widzieli fundament swojej imperialnej pozycji już u progu XX wieku, a na przełomie XXI wieku zrealizowali w znacznym stopniu ten ideał. Dlatego też zajęcie tego obszaru było naczelnym wektorem polityki Stalina w czasie II wojny światowej i dało Związkowi Sowieckiemu pozycję supermocarstwa.

Jeśli zatem ktoś chce umniejszać rolę Europy Środkowej i jej znaczenia, ten jest po prostu krystalicznym wzorem ignoranta.

U schyłku lat 90-tych XX wieku, w obliczu nadchodzących zmian w Europie, włoska chadecja nauczona tymi właśnie doświadczeniami, stając w obliczu nieuchronnie rosnących w siłę Niemiec, podjęła próbę organizacji tego obszaru. Już pod koniec 1989 roku Włochy wraz z Jugosławią, Austrią i Węgrami zawiązały współpracę w celu integrowania Europy Środkowej. Szybko czwórka stała się piątką (po przystąpieniu Czechosłowacji), a następnie szóstką (po przystąpieniu Polski) – Pentagonale, Heksagonale. W efekcie kolejnych poszerzeń, w marcu 1992 roku grupa stała się Inicjatywą Środkowo – Europejską. Grupa rozwijała się niezwykle dynamicznie i w krótkim czasie uruchomiła prawie 120 projektów w obszarze, transportu, energii, ochrony środowiska, kultury czy nauki. I nagle się rozpadła. Co się takiego stało? Formalnie przyczyną był narastający proces rozpadu Jugosławii (po drodze rozpad Czechosłowacji), ale w istocie rzeczy niszczycielem Inicjatywy okazał się kanclerz Kohl i jego CDU. Uderzenie poszło w dwu kierunkach. W pierwszym rzędzie aspirującej do członkostwa jeszcze w EWG Austrii postawiono ultimatum, iż nie uzyska ona tego statusu jeżeli nie sparaliżuje inicjatywy. Po drugie niemieckie BND sprokurowało we Włoszech tzw „akcję czystych rąk”, która pod pozorem walki z korupcją, nie tylko zniszczyła główny intelektualny motor Inicjatywy – włoską chadecję, ale w ogóle pogrążyła Włochy na kolejne 30 lat jako poważnego członka EWG, a później Unii. Bez Austrii i Włoch Inicjatywa nie miała szans przetrwania i próba zorganizowania Europy Środkowo – Wschodniej poza Niemcami, została unicestwiona.

Kluczowe znaczenie relacji V 4 z Niemcami

Kiedy Niemcy rozbijali Inicjatywę Środkowoeuropejską mieli już opracowaną koncepcję budowy pozycji imperialnej w oparciu o zmodyfikowaną wersję Mitteleuropy. Jednym z jej głównych współtwórców był obecny prezydent Niemiec F. W. Steinmeier, który w swojej głośnej książce wykazał, iż głównym narzędziem owej drogi na szczyt, musi być zapewnienie Niemcom w sposób trwały nieograniczonego dostępu do taniej siły roboczej. Takim rezerwuarem taniej siły roboczej dla Niemiec nie są wcale masy imigrantów z Azji czy Afryki, ale właśnie kraje środkowej Europy. Ideą było więc nie tyle ściąganie mieszkańców tych krajów do Niemiec, ile zainstalowanie w tych krajach niemieckiego przemysłu i przeniesienie tam tej części produkcji, która pochłania najwięcej kosztów osobowych. Efekty tej produkcji, uzyskiwanej za stawki 4 – 5 razu niższe niż w wykonaniu niemieckiego robotnika, sprowadzane mają być do finalnych producentów, pozwalając im uzyskiwać olbrzymią przewagę konkurencyjną. Jeśli dodamy do tego, że ściąganie tych pół- czy całych produktów (i oklejanie ich niemieckimi metkami) odbywa się przy niemal zerowych kosztach transportu (w porównaniu z tymi, którzy przywożą swoje produkty z odległych końców świata, to nawet wybryki ekologów, którzy doprowadzili do znaczących wzrostów kosztów energii udało się w ten sposób zamortyzować. Tym bardziej, że owe ekologiczne (a teraz klimatyczne) szaleństwa udało się narzucić innym, więc przewagi niemieckie wynikające ze skolonizowania Europy środkowej  dają im ową wyjątkową przewagę konkurencyjną nie tylko w Europie.

To dzięki temu manewrowi, Niemcy uzyskały olbrzymie nadwyżki handlowe na przełomie XX i XXI wieku (regularnie w granicach 200 – 250 mld.  USD rocznie), co przełożyło się na całkowite zdominowanie strefy Euro. Właśnie dzięki uzyskanym w ten sposób przewagom, Niemcy mogły tak ukształtować kurs Euro oraz warunki funkcjonowania Eurozony, że służą one właściwie wyłącznie niemieckiemu interesowi, a pogrążają już nie tylko kraje tzw. PIGS (Portugalia, Włochy, Grecja, Hiszpania), ale także Francję, a za chwilę kolejnych jej członków.

Tym wszystkim którzy głoszą zatem tezy, iż to Polska (i kraje V4) zależą od Niemiec jeszcze raz trzeba uświadomić podstawowe fakty. Niemcy importują z krajów V4 towary za ok. 150 mld Euro (1/3 przypada na Polskę), co stanowi prawie 15% ich całego importu. Do naszych krajów eksportują za  ok. 130 mld. Euro (to jest ok. 13 % ich eksportu). Jesteśmy największym partnerem handlowym Niemiec, a z uwagi na wskazany charakter importu z naszych krajów, warunkujemy efektywność około połowy pozostałego niemieckiego eksportu.

Tak – to prawda – Niemcy bez krajów V4 nie są w stanie utrzymać swojej obecnej pozycji i to nasza postawa i nasze – jeśli będą solidarne – działania, warunkują ich rolę nie tylko w Unii Europejskiej, ale w ogóle w świecie.

Jeśli wszakże wskazane wolumeny poszerzymy o pozostałe kraje Międzymorza (kraje bałtyckie, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja) zobaczymy iż w istocie całość tej przestrzeni jeszcze bardziej wpływa na sytuację Niemiec (łącznie w obu parametrach to będzie 1/4 eksportu i importu niemieckiego).

To więc Niemcy nie mogą istnieć jako potęga bez Europy Środkowej, natomiast Europa Środkowa jest w stanie egzystować bez Niemiec.

Polscy malkontenci, upajający się naszą słabością czy wręcz zależnością od Niemiec, głoszący iż bez nich nie możemy funkcjonować, są  więc najgorszym sortem narodowego zaprzaństwa.

Nie traćmy czasu

Czy przystąpienie do tworzenia nowej EWG na bazie V4 oznacza, że to my niszczymy Unię? To nieprawda. Przede wszystkim dlatego, że – jak to już opisałem w poprzednim tekście – Unia niszczy sama siebie. Nie musimy nic robić, aby się rozpadła. Cokolwiek byśmy chcieli zrobić pozytywnego jako Polska i tak nie będzie miało znaczenia. Nikt nas nie będzie słuchał, a problemy które sprokurowali pożal się Boże liderzy tej formacji i wiodących krajów, są nie do rozwiązania.

Pamiętać musimy, że nawet zacieśnianie naszej współpracy w ramach Międzymorza i V4 w niczym nie narusza reguł funkcjonowania Unii. Więcej nawet – wielokrotnie słyszeliśmy od Merkel czy Macrona, że „Europa dwóch prędkości” jest jak najbardziej w zgodzie z unijnym duchem integracji. Skoro tak, to tym bardziej nasza integracja środkowoeuropejska nie może być uznana za sprzeczną z owych „duchem”.

Co szczególnie istotne, zarówno V4 jak i różne postacie Międzymorza istnieją już nawet w postaci mniej lub bardziej zorganizowanych struktur. Nie więc nie trzeba budować od podstaw, wystarczy nadać im nowego impulsu i nowych horyzontów. Spróbujmy wymienić kilka obszarów, które z pewnością posunęłyby tę integrację bardzo szybko.

Europejski Fundusz Stabilizacji i Rozwoju

Naważniejszym bodaj zadaniem dla krajów tego regionu, jest stworzenie mechanizmu który uodporni je na ewentualne wstrząsy ich narodowych walut oraz szerzej, rynków finansowych, na których oferowane są ich papiery skarbowe. Nie ulega wątpliwości, że wrogowie tej integracji nie powstrzymają się od takich prób, bowiem destabilizacja tego obszaru najszybciej może sparaliżować takie integracyjne działania.

Dlatego nakazem chwili jest stworzenie Central European Stability and Development Fund, który połączyłby wysiłki rządów i banków centralnych tego obszaru, dla obrony przed takimi atakami. Nie ulega wątpliwości, że taki Fundusz uzyskałby istotne wsparcie nie tylko ze strony Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale również od rządu USA. Istnienie takiego mechanizmu leży bowiem w szerszym interesie rynków finansowych, a wiadomo że te – w oczekującej nas sytuacji – wcale nie musza spoglądać przychylnym okiem na niemieckie próby destabilizacji finansowej tego obszaru.

Równocześnie instytucja taka, mogłaby odegrać znaczącą rolę we wspieraniu wspólnych przedsięwzięć rozwojowych w obszarze Międzymorza. Doświadczenie minionych dziesięcioleci z istnieniem tego typu rozwiązań są na tyle żywe, że szersze tego uzasadnianie nie jest potrzebne.

Integracja energetyczna

Integracja potencjałów energetycznych regionu, jest kolejnym wyzwaniem, ale i głęboką potrzebą regionu. Właściwie bowiem wszyscy jego członkowie, muszą paść ofiarą klimatycznych szaleństw Macrona, Merkel i spółki. Szaleństw, których jedynym celem jest przecież zagwarantowanie przewagi przemysłowi obu tych państw w obliczu upadku szans na utrzymanie niewolniczego statusu pracowników Europy środkowej. Skoro tu cena siły roboczej zaczęła szybko rosnąć, to jedyną szansą na utrzymanie przewagi konkurencyjnej jest manipulacja cenami energii. Dobrze skalkulowana spycha nas i cały region znowu w całkowitą zależność od Niemiec.

Nasz wspólny potencjał energetyczny w wielu obszarach sytuuje nas jednak na europejskich szczytach. Połączone siły ORLEN-u, LOTOS-u i MOL-a, tworzą nie tylko jedną z największych firma paliwowych w Europie, ale również podmiot zdolny do realnej konkurencji ze wszystkimi graczami na kontynencie (i nie tylko). Podobnie skupiona wokół PGNiG grupa gazowa, odgrywałaby wiodącą rolę w Europie. Możemy stworzyć wspólne kompanie energetyczne, wspólnych dystrybutorów prądu w regionie z korzyścią dla wszyskich państw. Miksy energetyczne w tym obszarze, zbudują naszą przewagę konkurencyjną właściwie we wszystkich obszarach.

Integracja Komunikacyjna

Trwają już prace przy realizacji wspólnych projektów drogowych w naszym regionie. Rozpoczynają się prace na wspólną realizacją projektów tras kolei szybkich prędkości. Warto byłoby dołączyć tu obszar wspólnych działań w obszarze żeglugi śródlądowej. Wreszcie fundamentalna jest rola dla upodmiotowienia regionu w obszarze komunikacji lotniczej, czego kluczowym elementem jest realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego. W tym kontekście, wobec obiektywnej słabości innych operatorów regionie, to właśnie LOT winien być przewoźnikiem, który wesprze rozwój tego obszaru integracji. W tym kontekście szczęśliwym wydarzeniem jest upadek inwestycji w CONDOR-a, bowiem obecnie byłaby to ciężka kula u nogi naszych linii lotniczych.

Integracja kompleksów chemicznych

Zarówno Polska jak i prawie każdy kraj naszego regionu, zachował elementy przemysłu chemicznego. I w tym obszarze winniśmy wykorzystać możliwości synergii ich wspólnego funkcjonowania. Przy założeniu wspólnego ułożenia rynku energetycznego, możemy stać się światowym potentatem w tym kompleksie, który daje jedne z największych korzyści gospodarczych.

Integracja sektorów bankowych i ubezpieczeniowych

Wreszcie w ślad za stworzeniem instytucjonalnych gwarancji stabilizacji finansowej poprzez wspomniany Fundusz, konieczne jest również skoordynowanie wysiłków regionu w odzyskaniu narodowej podmiotowości sektorów finansowych. Wspólne działania w tym zakresie muszą być odejmowane przede wszystkim przez polskie banki, bowiem dzięki polityce z ostatnich lat, udało nam się odbić znaczną część tego rynku z rąk obcych inwestorów. Osiągnięty przez nas poziom czyni nas wyjątkowy obszar w całym regionie, dlatego też to w oparciu o nasze działania, należałoby kontynuować ten proces i w Polsce i w innych krajach Międzymorza.

To się da zrobić !

Starałem się ukazać kilka obszarów, w których nawet w warunkach obecnie istniejących, a może zwłaszcza teraz, gdy wszyscy przechodzą przez wielki czas próby, możemy otworzyć przed Polską i naszym regionem historyczne perspektywy. Tylko od naszej mądrości, od naszej zdolności do wyrwania się z dyktatu niemocy i niewiary we własne możliwości zależy, czy zdołamy się ruszyć z miejsca, czy pogrążymy się ze zgnuśniałą i zdegenerowaną społecznie Europą zachodnią, w maraźmie, niemocy i dekadencji. To naprawdę da się zrobić !

Żegnaj Unio….

Zbudujmy nową Europejską Wspólnotę Gospodarczą.

Stwierdzenie że wydarzenia z początku 2020 roku są w jakimś sensie końcem świata który znamy, są dziś dość trywialne. Kiedy pisałem o tym w lutym, wiele osób mówiło mi że jestem skrajnym pesymistą. Dzisiaj jest to już pogląd dominujący, ale nikt naprawdę nie wie, jak ma wyglądać „nowy świat”. Wszyscy mówią o „powrocie do normalności”, sądząc że uda się restytuować świat sprzed pandemii, ale tak na pewno nie będzie. Zdarzyło się zbyt dużo i spadły ciosy tak głębokie, że owej „normalności” nie będzie.

Ekonomia głupcze…

Ponad ćwierć wieku temu to zawołanie otworzyło drogę do elekcji B. Clintonowi. Ale problemy schyłku XX wieku przy dzisiejszych wyzwaniach są przecież dziecinną igraszką. Stajemy teraz – jak pisałem – wobec bodaj najpowszechniejszej katastrofy w dziejach od czasów biblijnego potopu. Skutki pandemii nie pozostawiły bowiem żadnego „suchego lądu” przynajmniej w takiej skali, jaka mogłaby dać szybki, pobudzający impuls światowej ekonomii.

Nie jest prawdą, że impuls taki może wyjść z Chin, które – jak twierdzą – mają już problem za sobą i dźwigają swoją ekonomię. Chiny bowiem, z wielu powodów, nie są w stanie stać się takim „punktem odbicia”. W pierwszym rzędzie wynika to z tego, że Chiny same weszły w fazę bardzo poważnego kryzysu wewnętrznego, który przez pandemię został jedynie radykalnie wzmocniony. Z wielu względów proces odtwarzania chińskiej gospodarki będzie długi i trudny. Jest to konsekwencją tego, że motorem utrzymywania dynamiki chińskiej były z jednej strony wielkie inwestycje infrastrukturalne, z drugiej zaś olbrzymi eksport. Przestrzeń na inwestycje wewnętrzne skurczyła się w Chinach tak bardzo, że nie staną się one znaczącym motorem wzrostu. Zaś w obliczu nieuchronnego procesu wzmocnienia protekcjonizmu i odwrotu od „globalnego wolnego handlu”, ciężko będzie chińskiej gospodarce wypracować znaczące nadwyżki handlowe. Nie ma też istotnych perspektyw wchłonięcia ogromu nadwyżek towarowych wytwarzanych w Chinach na rynku wewnętrznym. Do tego Chinom grozi znaczący odpływ inwestycji zewnętrznych, a będą one musiały również stawić czoła upadkowi zaufania do siebie, w konsekwencji budzących kontrowersje działań związanych z przeciwdziałaniem pandemii.

W świetle tego nie ulega wątpliwości, że jedyną szansą dla gospodarki światowej, pozostaje odbudowa gospodarki amerykańskiej. Nie jest to tylko kwestia tego, iż to Ameryka daje ok. 20% światowego PKB. O wiele ważniejsze jest jednak to, jaka jest chłonność amerykańskiego rynku wewnętrznego. 330 mln. konsumentów amerykańskich tworzy z ponad dwukrotnie większą siłą nabywczą niż rynek europejski. Jest to także rynek znacząco większy, niż mający niespełna cztery razy więcej ludności rynek chiński. W ostatnich 30 latach, to właśnie chłonność rynku amerykańskiego decydowała o rozwoju Japonii, następnie azjatyckich tygrysów, potem Chin, a w najnowszym okresie Indii. Od 1945 roku, dostęp do rynku amerykańskiego był głównym stymulatorem rozwoju głównych państw europejskich. Zwłaszcza gospodarka niemiecka, która lokowała na nim nie tylko gigantyczną ilość samochodów, ale i innych dóbr przemysłowych, uzyskała podstawy dla zbudowania swojej mocarstwowej pozycji.

Dziś rynek amerykański, połączony jest z rynkiem kanadyjskim i meksykańskim, co dodatkowo zwiększa jego chłonność. Dlatego kluczowym zagadnieniem dla zdolności odzyskania równowagi gospodarki światowej, będzie właśnie to, w jakim tempie na nogi staną Stany Zjednoczone. Ale dodatkowo, krytyczne znaczenie będzie miało to, kogo Amerykanie, w okresie swojej odbudowy, na ten rynek wpuszczą. Wszystko wskazuje bowiem na to, iż izolacjonistyczne nastawienie i koncentracja na własnym podwórku, będą dominować w kolejnych kilku latach w USA i to niezależnie od tego, kto będzie zasiadał w Białym Domu i dominował w Kongresie. Już jednak dzisiaj widać wyraźnie, iż Amerykanie szykują wielki transfer powrotny swoich firm, formułowane są postulaty odtwarzania całych, unicestwionych globalizmem branż (np. farmaceutycznej), wreszcie przygotowywane programy odbudowy, kładą nacisk na wspieranie własnych firm operujących w granicach USA. Jeśli dodamy do tego, że właśnie ta głębokość amerykańskiego rynku wewnętrznego, w powiązaniu z militarną dominacją USA w świecie, która również buduje siłę dolara jako najpewniejszej waluty międzynarodowej, to wszystko składa się na to, iż jedynie amerykański dług publiczny dawać będzie względną pewność zwrotu zainwestowanych środków. To zaś pozwoli Ameryce zakumulować dodatkowe środki ze świata, które służyć będą odbudowie ich gospodarki.

Dodajmy do tego, samowystarczalność żywnościową Ameryki, a także jej pełną samowystarczalność energetyczną. Widać wyraźnie, iż te wszystkie elementy pozwalają przyjąć, że w ciężko doświadczonym obecną katastrofą świecie, to Ameryka zachowuje najwięcej atrybutów niezbędnych dla odrodzenia. Jeśli dodamy do tego potencjał takich sojuszników Ameryki jak Japonia, Australia, Korea Południowa, Wielka Brytania, a ostatnio Indie czy Brazylia, to pokazuje to nam ów potencjalny „suchy ląd” dla odbudowy gospodarczej.

Upadek europejskiej iluzji

Zanim pandemia spowodowała obecne komplikacje, Unia Europejska (UE) stała wobec krytycznego wyzwania. Niewyleczona z kryzysu z lat 2008 – 2009, pogrążona w stagnacji będącej konsekwencją niewydolności strefy Euro, została dobita ostatecznym BREXIT-em. Skala ciosu, jakim jest odejście Brytyjczyków dla europejskich gospodarek nie jest jeszcze jasna. Łatwo jednak wyobrazić sobie jak zareagują one wskutek utraty rynku zbytu, na którym wypracowywały nadwyżkę handlową w wysokości prawie 100 mld. Euro rocznie. Dodatkowym ciosem dla UE jest utrata brytyjskiego wkładu do budżetu Jak wielki jest to problem świadczy fakt, że liderzy unijni nie są w stanie wypracować nawet prowizorium budżetowego na najbliższą perspektywę. Dodatkowo nierozwiązany pozostaje problem migracyjny, który rozsadza podstawy europejskiego projektu.

Dzisiaj dochodzą skutki destrukcyjnego uderzenia koronawirusa, który zadał druzgocące ciosy największym gospodarkom europejskim. Skala klęski gospodarek Włoch, Hiszpanii i Francji jest jeszcze trudna do oszacowania, ale z pewnością cofnęły się one o dobre 30 lat. Dyskusyjne pozostaje natomiast zdiagnozowanie sytuacji gospodarki niemieckiej. O jej stanie w znaczącym stopniu decyduje produkcja przemysłowa, której oblicze determinują cztery główne komponenty : przemysł samochodowy, przemysł mechaniczny, przemysł chemiczny oraz przemysł elektrotechniczny. To właśnie stan tych czterech obszarów decyduje też o stopniu obecności Niemiec w wymianie międzynarodowej.

Historyczne doświadczenie z lat 2008 – 2009 pokazuje, że regres w tych obszarach skutkował spadkiem niemieckiego PKB o ok. 7%. Dzisiaj sytuację w znaczącym stopniu determinuje stan przemysłu samochodowego, a ten jeszcze u progu pandemii sygnalizował w granicach 20% spadku produkcji. W tej chwili taką prognozę przyjęto by zapewne w ciemno, ale na taki optymizm nie ma już przestrzeni. Można zatem przyjąć, iż w samym 2020 roku spadek niemieckiej produkcji przemysłowej spowoduje spadek PKB na poziomie minimalnym 15%. Co istotne nie ma szans na zamortyzowanie tego spadku w obszarze usług, w ramach których sama turystyka generowała ostatnio ok. 10% PKB, a tu należy spodziewać się także radykalnego spadku.

Te cztery gospodarki – niemiecka, francuska, włoska i hiszpańska nie tylko decydują o poziomie unijnego PKB, ale ciągną ją również w całości w dół. Ich stan ostatecznie także determinuje zdolność do działania i reaktywowania oblicza ekonomicznego UE. Ostatnie tygodnie pokazały jednak całkowitą niezdolność do przezwyciężenia przez ten kwartet impasu w tworzeniu planów odbudowy. Wynika to przede wszystkim z wadliwej konstrukcji strefy Euro i bardzo dużego zadłużenia wewnętrznego wszystkich tych krajów. Wygenerowanie w ramach Eurozony dalej idącego zadłużenia, w celu znalezienia środków na pobudzenie gospodarek, nie jest akceptowane przez samych Niemców, ale i Holendrów, Austriaków czy Finów. Nikt bowiem nie chce dźwigać cudzego zadłużenia.

Jest charakterystyczne, iż ogłoszony w Wielki Czwartek sukces w postaci wstępnego porozumienia ministrów finansów, został skomentowany nawet przez kręgi euroentuzjastyczne, jako przelewanie z pustego w próżne. Nie nastąpiło bowiem wskazanie żadnych nowych źródeł pozyskania środków na rekonstrukcję i dokonano jedynie mniej lub bardziej subtelnej alokacji. Komunikat końcowy posłużył się pojęciem „nowych innowacyjnych mechanizmów”, ale zdaje się że pojęcie to przypomina raczej postać Yeti.

Na naszych oczach zatem Unia Europejska okazuje swoją całkowitą niemoc i przechodzi do historii. Cały jej sens istnienia sprowadzał się bowiem w ostatnich latach do dzielenia pieniędzy. Gdy te się kończą, kończy się miejsce dla tak pojętej Unii.

To co nieuchronnie bowiem czeka tę konstrukcję, to rosnący zawód jej członków i poszczególnych narodów. Jeszcze przez pewien czas będą trwały nadzieje, że jakimś cudem Bruksela wyczaruje środki na odbudowę krajów członkowskich. Ale skoro nie można było sklecić budżetu na kolejną perspektywę, opierając się na normalnym stanie gospodarek, to jak stworzyć budżet odbudowy na bazie tak skrajnie zrujnowanych gospodarek. A skoro tak, to za chwilę powstanie w ogóle pytanie, po co płacić jakikolwiek środki do Brukseli, skoro trzeba ratować swój własny kraj. Żaden rząd państwa unijnego nie ucieknie od tego pytania i żaden rząd nie zaryzykuje jutro wpłacania jakichkolwiek środków do Brukseli przekraczających to, co może sam otrzymać. Włącznie, a może przede wszystkim z Niemcami, które w oczywisty sposób musiałyby dźwigać ciężar swoich imperialnych ambicji, kosztem stanu własnej gospodarki i poziomu życia własnych obywateli. Tej kwadratury koła, nie da się rozwiązać w perspektywie 2 – 3 lat, a to jest okres wystarczający do tego, aby pogrzebać ostatecznie Unię w jej obecnej postaci.

Europejska Wspólnota Gospodarcza

Jeśli prawdą jest twierdzenie, że skutki obecnej zawieruchy cofają nas do początku lat 90-tych XX wieku, to oznacza to również konieczność przemyślenia ewolucji tzw. projektu europejskiego po traktacie z Maastricht (1992). Pożegnano wtedy w praktyce to co nazywaliśmy Europejską Wspólnotą Gospodarczą, na rzecz Unii Europejskiej. Unia miała być kolejnym krokiem integracji kontynentu, wkrótce znacznie poszerzonym aż do blisko 30 członków. Wzmacniać ją miała wspólna waluta i coraz bardziej ambitne wspólne polityki, w coraz większej ilości obszarów.

W rzeczywistości UE stała się narzędziem do realizowania ideologicznych szaleństw, narzucanych przez posttrockistów z pokolenia’68. Pod sztandarami promotorów aborcji, eutanazji, związków homoseksualnych, genderyzmu, a ostatnio „obrońców klimatu”, kryło się jednak brutalne dążenie niemieckie, do wykorzystania Unii jako narzędzia do osiągnięcia imperialnej pozycji. Niewiele brakowało, aby pomysł ten się udał, ale dzisiaj legł on w gruzach tak jak cały koncept tak pojętej Unii. Stało się to wskutek jej finansowego bankructwa jeśli nie dziś, to jutro.

Jednak prawdą jest, że wiele osiągnięć EWG, może nawet większość, jest nie tylko wartych, ale wręcz – w dzisiejszej sytuacji – koniecznych do utrzymania. Ratunkiem dla Europy jest dziś więc demontaż tego wszystkiego, co wzniesiono po Maastricht (może za wyjątkiem strefy Schengen) i powrót do zasad współpracy i solidarności realizowanych do 1992 roku. To ten model nie tylko przyniósł krajom europejskim spektakularny wzrost ich PKB i poziomu życia Europejczyków. Dał im też najdłuższy okres realnej prosperity, choć osiągany był w trudnych warunkach zimnej wojny (co wymuszało duże nakłady na zbrojenia). Później, mimo zamrożenia znaczących wydatków zbrojeniowych, Unia sama założyła sobie szereg pęt, z których ostatnie, realizujące pseudoklimatyczne szaleństwa, spychają ją na margines światowego rozwoju. Przykładowo – motor europejskiego rozwoju czyli przemysł motoryzacyjny, ma być poddany od 2021 roku drakońskim karom z powodu niedostosowania do wymogów „klimatycznych”. Już teraz można powiedzieć, że z tym kagańcem, przemysł ten nie stanie na nogi, a to oznacza że pomysły odbudowy europejskiej gospodarki staną się zwykłą mrzonką.

EWG daje szansę uratowania współpracy europejskiej, która pomoże wszystkim krajom europejskim. Demontaż monstrualnie rozbudowanej unijnej administracji, krępującej uczciwą i równoprawną współpracę gospodarczą.

Środkowoeuropejska Wspólnota Gospodarcza

Polska w procesie odbudowy, nie może liczyć na „solidarność” ze strony UE w jej obecnej postaci. Jest zbyt dużym krajem, zbyt dużo środków potrzebować będzie, na podniesienie się z upadku. Rosnący egoizm krajów północy i potrzeby zrujnowanego południa Europy, będą wypierać nasze szanse na realne wsparcie. Tylko naiwni mogą liczyć na to, że w ramach aktualnego modelu brukselskiego, możemy mieć nadzieję na korzystne dla nas rozwiązania. Co więcej, możemy się spodziewać jedynie jeszcze silniejszego grillowania, bowiem presja na pozbawienie nas środków europejskich będzie narastała wprost proporcjonalnie do rosnących potrzeb Włoch czy Hiszpanii.

Dla Polski kwestią krytyczną – z uwagi na strukturę jej eksportu i importu – pozostanie sytuacja gospodarki niemieckiej. W Polsce musi wszakże być świadomość, że niemiecka koncepcja odbudowy gospodarki, opierać się będzie na maksymalnym wydrenowaniu gospodarki polskiej. Jednak nie tylko my zależymy od gospodarki niemieckiej, ale także stan gospodarki niemieckiej w znacznym stopniu zależy od naszej kondycji. Co więcej, Polska wraz z pozostałymi krajami wyszechradzkimi, jest największym partnerem handlowym Niemiec. V 4 ma więc wspólny interes, aby nie stać się bazą i ofiarą kolejnego niemieckiego „cudu gospodarczego”.

Ten wspólny interes krajów V 4 winien je skłaniać, w obliczu rozpadającej się Unii, do budowania środkowoeuropejskiej wspólnoty gospodarczej wedle reguł EWG sprzed 1992 roku. To właśnie V 4 może dać impuls do tego, aby zreaktywować taką formę kooperacji krajów europejskich, która jako jedyna w historii, przyniosła rzeczywiste pozytywne efekty.

Reaktywowana na bazie Międzymorza nowa EWG, nie byłaby czymś anachronicznym. Przeciwnie, wpisywałaby się w sieć podobnych regionalnych organizacji gospodarczych – USCAM (zmodernizowana NAFTA w Ameryce Północnej), CACM (w Ameryce Środkowej) Pakt Andyjski (w Ameryce Południowej) czy ASEAN (na Dalekim Wschodzie). I rzecz jasna byłaby otwarta dla „starej Europy” o ile zaakceptuje ona ten model kooperacji gospodarczej.

Potencjał krajów V4, wsparty potencjałem krajów Międzymorza włącznie z Włochami, czyni z tego obszaru przestrzeń potencjalnie szybszej odbudowy niż krajów Europy karolińskiej i północnej. Związanie się współpracą z będącą w forpoczcie odbudowy Ameryką wraz z jej sojusznikami oraz innymi regionalnymi organizacjami wolnego handlu, stworzy nam perspektywę szybszego odnowienia naszego potencjału niż w ramach służącej niemieckim interesom „starej Unii”.

Dziś potrzebna jest inicjatywa w prezentowaniu i forsowaniu nowych rozwiązań. Inaczej bowiem ugrzęźniemy w bezsensownych i całkowicie nieproduktywnych sporach z tymi, którzy przez stulecia udowodnili że potrafią funkcjonować jedynie w logice kolonialnej eksploatacji (vide Niemcy, Francja, Holandia czy Belgia).

Jeszcze o Helsinkach czyli o „zdradzie” Trumpa i „nowej Jałcie”.

Na naszych oczach rozgrywał się przez kilkanaście dni wielki szekspirowski dramat, w którym główną rolę odgrywał prezydent Trump. Jego gra szokuje, a niektóre amerykańskie „autorytety” ochoczo rzucają oskarżenia z jednej strony o zdradę interesów Ameryki, z drugiej zaś posuwają się wręcz do przypisywania prezydentowi choroby psychicznej.

Jako zaprawieni w tej retoryce dzięki wyczynom totalnej opozycji w ciągu ostatnich lat, Polacy z dystansem – może nawet większym niż Amerykanie – obserwują ten spektakl. I dobrze, bo ważniejsze niż to co się dzieje na scenie jest to, co dzieje się za kurtyną. Do wyjątków też należą głosy rozsądku w rodzaju wypowiedzi b. Prezydenta Gruzji M. Saakaszwili (http://thefederalist.com/2018/07/18/just-like-obama-trumps-russia-policy-speaks-louder-words/)

Prześledźmy najpierw te ostatnie, gorące wydarzenia. Najpierw Trump z impetem zdominował szczyt NATO, jednocześnie czyniąc dalszy krok w kierunku całkowitego podminowania pozycji Niemiec w Europie. Przy okazji skonsumował Macrona i aspiracje francuskie i zmusił europejczyków do znaczących deklaracji finansowych. Niejako przy okazji postawił Niemcy i ich wasali wobec twardego wyboru, z kim chcą trzymać w obliczu rysującego się globalnego przesilenia. Wiernopoddańcze deklaracje Tuska i innych „liderów” obozu niemieckiego po szczycie NATO nie pozostawiają wątpliwości, że przyjęli oni z podkulonym ogonem złożoną im propozycję „nie do odrzucenia”. Podsumowaniem stało się uzgodnienie nowych zasad wymiany handlowej między UE a USA, co należy zapisać jednoznacznie na konto sukcesów Trumpa. Tym bardziej, że niejako na deser zostawił on sobie odrębne rokowania dotyczące handlu samochodami oraz wymiany produktów rolniczych.

Drugim etapem tego dramatu było porządkowanie sytuacji u swojego kluczowego światowego alianta, w Wielkiej Brytanii. Jestem całkowicie przekonany co do tego, iż w kluczowym momencie negocjacji rozwodowych z UE synowie Albionu utwardzą stanowisko pewni tego, że otworzą sobie w ten sposób nowe możliwości wynikające z zacieśnienia relacji z Ameryką. A nie ulega wątpliwości, że w dalszej perspektywie więcej mogą zyskać na tym kierunku, niż na pozostawaniu w patologicznym związku z karlejącą Unią.

No i nastał akt trzeci – Helsinki. Uwaga świata, a zwłaszcza histerycznych środowisk amerykańskich skoncentrowała się na zagadnieniu całkowicie trzeciorzędnym, a więc tzw. ingerencji Kremla w wybory prezydenckie w 2016 roku. Ponieważ ten spektakl ciągle determinuje kierunki dyskusji, całkowicie przykrywając wszelkie inne tematy, to jestem całkowicie przekonany że został on starannie wyreżyserowany przez Trumpa po to, aby właśnie przykryć istotę rzeczy.

Cała uwaga opinii amerykańskiej i światowej koncentruje się wokół kwestii rzekomo haniebnego zdezawuowania przez Trumpa amerykańskiego wywiadu i to na oczach Putina. Zwróćmy jednak uwagę na dwie rzeczy.

Po pierwsze, nie może być dziełem przypadku iż do zadania pytań służba prasowa Białego Domu dopuściła tylko takich „dziennikarzy”, o których było wiadomo, że postawią takie pytania. Nie miejmy złudzeń, na takich konferencjach prasowych nie ma żadnej spontaniczności i dowolności. To nie Polska, gdzie każdy dziennikarzyna na konferencji prasowej Prezydenta czy Premiera może bredzić co mu ślina na język przyniesie. Skoro zatem padły takie pytania, to znaczy że miały one paść i miało to służyć określonemu celowi. W moim przekonaniu chodziło o to, by nie zadać innych, może ważniejszych pytań.

Po drugie, co naprawdę powiedział prezydent Trump i co tak rozwścieczyło amerykańskich „patriotów”. Przypomnijmy zatem, co działo się latem i jesienią 2016 roku. Oto Prezydentem USA jest B. Obama, to jemu podlegają – według owych „patriotów” – najsprawniejsze służby na świecie, czyli CIA, FBI, o wojskowych nie wspominając. Jednym słowem, rządzą demokraci. I nagle okazuje się, że pani kandydatka tejże partii, wskutek złamania restrykcyjnych przepisów prawa federalnego, utrzymywała na prywatnym serwerze całą swoją tajną korespondencję z okresu, gdy pełniła funkcję sekretarza stanu. A przypomnijmy, że jej głównym ówczesnym „osiągnięciem” było wykonanie „resetu” z Rosją i można zaryzykować twierdzenie, że gros z kilkudziesięciu tysięcy jej nielegalnie przechowywanych maili, dotyczyło jej kompromitujących działań w tym zakresie.

Nie ulega też wątpliwości, że serwer Clintonów został zhakowany, innymi słowy z przypuszczeniem graniczącym z pewnością można przyjąć, że całość jego zawartości znalazła się w Rosji. Przy okazji, zapewne posługując się tą właśnie zdobyczą, rosyjscy hakerzy weszli również na serwery partii demokratycznej (zresztą można przypuszcza, że nie tylko Rosjanie, ale zapewne i Chińczycy i komunistyczni Koreańczycy). Wszystko pod nosem Obamy i obsadzonych przez jego ludzi najlepszych służb na świecie. Kiedy przecieki na ten temat zaczęły mieć wpływ na toczące się prawybory, a następnie wybory, zaczęło się „śledztwo” FBI. Już dzisiaj można powiedzieć, że jedynym jego celem było przykrycie nielegalnych działań Clintonów, a jednocześnie ochronienie centrali Demokratów, przed najdalej idącą kompromitacją. Dyrektor FBI Comey stanął zatem na czele swoistego spisku, którego celem było takie zagmatwanie sprawy, by nie wyszły na jaw przestępstwa Obamy i jego komilitonów oraz Clintonów. W efekcie okazało się, że dzięki „zdecydowanym działaniom najlepszych służb FBI”, zaginęły nie tylko serwery Clintonów i centrali Demokratów, ale również ich maile. Cyrk z wyjaśnianiem okoliczności zabójstw Johna i Roberta Kennedych jest niczym, w porównaniu z tymi osiągnięciami FBI. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że i CIA dziwnym trafem nie zdołała ochronić biednych Demokratów przed działaniami FSB.

To dlatego jeszcze na etapie kampanii wyborczej rozpoczęły się skoordynowane działania – także ze strony tych ośrodków amerykańskich, czego nie taił nawet sam Comey – aby po prostu wrobić Trumpa w tę aferę. Trumpa, który oczywiście częściowo wykorzystał ten cyrk w swojej kampanii aby pokazać, do jakiego dna doprowadziła amerykańskie interesy administracja Obamy i rodzina Clintonów.

Cyrk ten cały czas jest rozgrywany przez funkcjonariuszy FBI i CIA, którzy – co oczywiste – boją się odpowiedzialności za swoje „wybitne osiągnięcia”. To oni, wykorzystują histerię Demokratów, którzy jak ognia boją się wyjaśnienia tej afery, a zwłaszcza ewentualnego odnalezienia owych maili i serwerów, ale również naiwność i głupotę kilku republikanów pokroju zestarzałego, schorowanego i nic już nie rozumiejącego Johna Mc Caina.

Pomijam już to, że czynienie komukolwiek zarzutów, że zamierza wpływać na wybory w innym państwie zarzutu, jest już szczytem naiwności. Na gruncie amerykańskim robią to Demokraci, których idol Obama przy kamerach wypraszał w 2012 roku u Miedwiediewa, aby Rosjanie pomogli mu w zwycięstwie wyborczym. Potem mieli bez problemu załatwiać różne interesy. Jakoś mało kto o tym dzisiaj pamięta. O obyczajach europejskich w tej materii nie będę już wspominał, bo przecież nikt naiwny nie przyjmie, że za enuncjacjami zawierającymi preferowane sympatie w różnych krajach wyrażanymi w Berlinie, Brukseli czy Paryżu, nie idą działania ich agentur wpływu, na przykład w zdominowanych przez te ośrodki mediach.

Jeśli jednak Trump zdecydował się na ten spektakl i dopuścił, aby konferencji prasowej w Helsinkach nadać taki kierunek, to nie ulega wątpliwości że wyłącznym tego celem było odwrócenie uwagi od istotnych ustaleń tego szczytu. Ustaleń, o których obaj prezydenci po prostu nie chcieli mówić.

Tu pojawia się pytanie, czy może doszło jednak do wieszczonej przez defetystów „drugiej Jałty”. I właśnie o tym i Trump i Putin nie chcieli mówić ?  

Przyjrzyjmy się temu problemowi.

Niemal wszystkie poważne ośrodki analityczne nie mają złudzeń co do tego, że rozpoczęła się już druga zimna wojna. Konfrontacja amerykańsko – chińska jest już faktem i wydaje się, że mimo podejmowanych początkowo przez administrację Trumpa prób znalezienia modus vivendi z Chinami, do porozumienia nie doszło. Przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że wielka wojna handlowa staje się faktem, a w konsekwencji przenosi się ona na wszelkie pozostałe obszary. Co więcej, niemal wszyscy wieszczą eskalację napięć, nie wykluczając nawet wojny na Dalekim Wschodzie.

Z tego punktu widzenia zmienia się optyka amerykańska na miejsce Rosji w spodziewanej konfrontacji. Jest ona konsekwencją – moim zdaniem bardzo słusznego – założenia, że Rosji nie opłaca się w tej konfrontacji stać po stronie Chin. Jest tak dlatego, że to właśnie ona będzie główną i pierwszą ofiarą ewentualnego zwycięstwa Chin. Dlaczego?

Już teraz Chiny de facto kontrolują większość rosyjskiego Dalekiego Wschodu. Przejmują kontrolę demograficzną, władztwo ekonomiczne, a Rosja w dużym stopniu jest uzależniona od odbioru swoich surowców energetycznych przez Chiny. Chiny mogą sobie pozwolić dzisiaj na rezygnację z rosyjskiej ropy czy gazu, ale Rosja bez eksportu do Chin upadnie w mgnieniu oka. Chiny stopniowo przejmują kontrolę nad byłymi sowieckimi republikami środkowoazjatyckimi. Konsekwentna realizacja połączeń komunikacyjnych i rozbudowa sieci gazo i rurociągów, włączanie tych republik w krwioobieg gospodarczy Państwa Środka, prowadzi do całkowitego upadku wpływów rosyjskich. Jakikolwiek kryzys wewnętrzny w Rosji, skutkujący choćby, częściową utratą zdolności militarnych, i tak dość iluzorycznych na Dalekim Wschodzie, spowoduje całkowitą niemożność utrzymania tego obszaru przez Rosję. No chyba że pogodzi się ona z losem chińskiego wasala, na co jednak się nie zanosi.

Jeśli dodamy do tego pewne zdolności Rosji do wpływania na sytuację na Bliskim Wschodzie, a to w szczególności poprzez Iran czy Syrię, widzimy jak bardzo wiele dziś łączy interesy amerykańskie i rosyjskie. Oczywiście w sytuacji konfrontacji z Chinami.

To dlatego administracja amerykańska wykonała gwałtowne ruchy w kierunku KRLD dając Kimowi nadzieję, na wyrwanie się z chińskiego uzależnienia w obliczu rysującego się konfliktu. Notabene, naiwni obserwatorzy nie dostrzegają, że dzięki temu genialnemu posunięciu, niemal całkowicie legł w gruzach irański program atomowy, którego głównymi promotorami byli Koreańczycy. I za chwilę Iran stanie w obliczu katastrofy.

Jest jeszcze jeden problem, który ustawia Putina w roli petenta. Zapowiedziane przez Trumpa przyspieszenie modernizacji amerykańskich sił zbrojnych, utworzenie wojsk kosmicznych, zdynamizowanie prac nad systemami obrony przeciwrakietowej, to wszystko oznacza taką skalę zbrojeń, którym i tak już skrajnie osłabiona gospodarczo Rosja nie ma szans się przeciwstawić.

Za kilka lat cały rosyjski arsenał nuklearny – jedyne co jeszcze czyni z niej supermocarstwo – będzie zwykłym złomowiskiem. Świadomy tego Putin, który co rusz próbuje epatować świat jakimiś nowymi rodzajami uzbrojenia wie, iż jak najszybciej musi doprowadzić do deeskalacji tego procesu, co oznacza dążenie do obopólnej redukcji zasobów. I w tym jednak wypadku, Rosja może być jedynie pokornym petentem Ameryki.

Czy te, jak i wiele innych elementów uzasadniają zatem stwierdzenie, iż w Helsinkach doszło do nowej Jałty, której ofiarą będzie Polska i kraje byłej rosyjskiej strefy wpływów.

W moim przekonaniu cały ten spektakl służyć miał przede wszystkim nie dopuszczeniu do zdemaskowania, że to właśnie Putin robi mocny krok w tył. Zresztą uważna analiza jego mimiki zdaje się potwierdzić, że wcale nie czuł się zwycięzcą tych rozmów. Jest tak dlatego, że administracja Trumpa ma świadomość tego, że Rosję można – wykorzystując jej obecne położenie – tylko zmusić do kooperacji, ale mając jednocześnie pistolet przyłożony do jej czoła. I takim pistoletem jest z jednej strony forsowany wyścig zbrojeń, z drugiej zaś strony związana z Ameryką Europa Środkowa, z odgrywającą w niej kluczową rolę Polską. Jest tak tym bardziej, że to właśnie tak zorganizowana Europa Środkowa, jest takim samym pistoletem przy czole Berlina i najlepszym narzędziem do utrzymywania w dyscyplinie europejczyków zachodnich.

Dla Polski jest to znakomita wiadomość. W dającej się przewidzieć przyszłości tylko Ameryka jest w stanie nas obronić zarówno przed Moskwą jak i Berlinem. Związki z Ameryką pozwalają nam utrzymać się roli czołowego jej sojusznika z szansą, na uzyskanie statusu regionalnego minimocarstwa. Zamiast mrzonek o jakimś europejskim aliansie z Berlinem i Paryżem na czele, który miałby nas chronić, skupmy się na wzmacnianiu naszej pozycji w ramach tak projektowanej najbliższej przyszłości. Tylko tak uzyskamy maksimum korzyści dla Polski.

Holenderscy arcymistrzowie obłudy czyli jak robić propagandę historyczną

W ciągu trwających w ostatnich miesiącach nagonek na Polskę (a to zagrożony Trybunał Konstytucyjny, a to zagrożone sądy, a to szerzący się antysemityzm, a to zagrożone prawa kobiet), czołową rolę wśród oskarżycieli Polski odgrywają politycy holenderscy. Do rangi symbolu urasta fakt, że najbardziej zaciekłym obrońcą rzekomo zagrożonego polskiego Trybunału Konstytucyjnego jest komisarz Timmermans, który pochodzi z kraju w którym ciało takie nie istnieje.

Warto przyjrzeć się Holendrom, bo są oni arcymistrzami obłudy i kreacji historycznej propagandy, która nie tylko zmienia historię, ale wręcz z tej zreinterpretowanej na swoją korzyść historii, pozwala jeszcze wyciągać wielkie korzyści, w tym także materialne.

Dzisiejszego uważnego obserwatora specjalnie to nie może dziwić. Mówimy przecież o narodzie, który jako pierwszy zalegalizował eutanazję. Za wspaniałymi frazesami o „godności człowieka”, kryła się przecież rzeczywista intencja ograniczenia nadmiernych wydatków na fundusze emerytalne oraz ochronę zdrowia. Prosta kalkulacja wskazywała bowiem, że holenderscy podatnicy nie będą w stanie udźwignąć kosztów utrzymania swoich coraz starszych dziadków. Więc postanowili ich wyeliminować. Teraz eliminują już nie tylko swoich dziadków, ale również i swoje dzieci. Najpierw, aby uzyskać korzyści fiskalne, zalegalizowali sprzedaż narkotyków (oczywiście pod sztandarami wolności), a teraz poddają eutanazji tych młodych ludzi, którzy z owej „wolności” korzystają. Uznali bowiem, że lepiej w ten sposób pozbywać się zawczasu idiotów (no bo przecież nikt normalny nie spożywa narkotyków), niż łożyć na ich utrzymanie przez dziesiątki lat. Legalizacja podatkowa prostytucji, jest już przy tym najzupełniej oczywista i nie służy niczemu innemu, jak tylko poszanowaniu praw kobiet. No bo przecież odkładają sobie w ten sposób na emerytury.

Tej obłudy w sferze historycznej Niemcy zapewne nauczyli się właśnie od Holendrów. Kto dziś pamięta, że to właśnie Holendrzy stworzyli najbardziej okrutne imperium kolonialne, ale skala wyzysku w ich koloniach była nieporównywalna z innymi kolonizatorami. Bogactwo Holendrów zbudowane zostało na krwi skolonizowanych ludów Ameryki, Afryki i Azji. Ale Holendrzy przedstawili się jako ci, którzy „uwalniali” z rąk jezuickiego wyzysku Hiszpanów i Portugalczyków uciemiężone ludy. I sprzymierzona z nimi anglosaska historiografia, reprezentująca fanatycznie antykatolickie oblicze, zrobiła z nich właśnie „wyzwolicieli”. Do tego ta sama historiografia z Holendrów zrobiła swoistych prekursorów demokracji. Jak „demokratyczne” i „wolnościowe” były rozwiązania holenderskie świadczy doświadczenie belgijskie. Belgowie przez setki lat nie walczyli z „uciskiem” hiszpańskim czy habsburskim, za to jedynie ich wystąpienie niepodległościowe było skierowane przeciwko Holendrom. Ot niewdzięcznicy, nie potrafili docenić wartości „holenderskiej demokracji”.

Na szczyty obłudy Holendrzy wspięli się jednak po II wojnie światowej, kiedy to uczynili z siebie jedną z największych, bodaj największą po Żydach, ofiarę tej wojny. I na tej legendzie zrobili kolejny interes.

Przyjrzyjmy się na czym polegała ta ich „ofiara”. W 1940 roku, kiedy Niemcy uderzyli na kraje Beneluksu, armia holenderska po niecałych pięciu dniach skapitulowała. Królowa i rząd opuścili Holandię w trzecim dniu wojny, wobec zapowiedzi zbombardowania Hagi. Kapitulacja i tak nie walczącej armii nastąpiła po zbombardowaniu przez Niemców części Rotterdamu, wskutek którego zginęło 1000 osób. Już sama zapowiedź powtórki podobnego nalotu na Utrecht wystarczyła, był złożyć broń. Nawet wykpiwani do dzisiaj przez Holendrów Belgowie, walczyli dłużej. Po opuszczeniu kraju przez rząd, na wszelki wypadek we wszystkich ministerstwach pozostali praktycznie wszyscy urzędnicy, a ich sekretarze stanu przez całą wojnę owocnie kooperowali z niemieckimi władzami wojskowymi. Wszystkie władze lokalne pozostały w rękach holenderskich, a ponad połowa członków tych władz, zasiliła szeregi holenderskiego odpowiednika NSDAP. 

Holendrzy przystąpili też do formowania ochotniczych oddziałów wojskowych walczących u boku niemieckiego sojusznika. Ich Dywizja Grenadierów Pancernych SS „Nederland” zapisała się w historii krajów bałtyckich, jako dorównująca okrucieństwem i bestialstwem niemieckim sojusznikom. Łącznie w szeregach Waffen SS służyło ochotniczo 50000 Holendrów, przynajmniej drugie tyle w innych formacjach pomocniczych. Było to niemal tyle samo, ile liczyła ich armia w 1940 roku. W 1944 roku Holendrzy stworzyli dodatkowo oddziały obrony terytorialnej, które walczyły w obronie swojego kraju z Aliantami. Walczyli tak zaciekle, że kiedy wojska sowieckie zaczynały zdobywać Berlin, a amerykańskie i angielskie zajmowały już niemal całe Niemcy, Holendrzy wraz ze swoimi niemieckimi sojusznikami ciągle się bronili przed wojskami kanadyjskimi i polskimi i dopiero w połowie kwietnia 1945 Holandia została całkowicie wyzwolona.

Nie sposób nie wspomnieć o setkach tysięcy Holendrów, którzy zgłaszali się ochotniczo do pracy w Niemczech i o tym, że to oni byli prawdziwymi twórcami umocnień Wału Atlantyckiego. Jeśli spojrzymy na dolegliwości „okupacji” niemieckiej w Holandii, to największą był bodaj zakaz działania przedwojennych partii politycznych oraz ograniczenie dowozu różnych dóbr z ich kolonii. Niezwykłą szykaną stało się po kilku latach okupacji, zakazanie działalności kilku wyższym uczelniom. Holenderskie straty w następstwie niemieckich akcji represyjnych, można zliczyć w ciągu pięciu lat na niecałe 1500 osób zamordowanych. Za to genialne interesy na współpracy z niemieckim przemysłem wojennym robiły holenderskie firmy. Ich sztandarowy koncern Phillips, budował swoją powojenną potęgę na zamówieniach Wehrmachtu. Holenderskie stocznie pełną parą wspierały niemieckie potrzeby wojenne na morzu. Zaś holenderskie koleje zwoziły Żydów z całej Europy do Polski, przy entuzjazmie i pomocy tysięcy holenderskich kolejarzy.

Tu dochodzimy do kolejnego ciekawego problemu. Oto bowiem statystycznie rzecz ujmując, Holendrzy okazali się największymi wybawicielami Żydów przed niemiecką opresją. Przynajmniej tak wynika z ich książek i – co ciekawe – z działalności Yad Vashem. To bowiem Holendrzy są po Polakach drugą co do liczby nacją nagrodzoną drzewkami w tym instytucie. Spośród blisko 150000 holenderskich Żydów, wojnę przeżyło blisko 40000. Byli wśród nich np. właściciele wielu holenderskich fabryk, które współpracowały z niemieckim przemysłem. Do rangi symbolu urosły to takie firmy jak Van Leer, Hollandia Kattenburg. Wprawdzie źródła historyczne podają, jak wielkie było zaangażowanie większości Holendrów we współpracę w realizowaniu niemieckiego planu „ostatecznego rozwiązania”, to znowu ich historiografia i powojenna aktywność wytworzyła przekonanie o niemal powszechnej pomocy Żydom. Jedynie na marginesie można dodać, że oczywiście inaczej niż w Polsce, nikt w Holandii za pomoc Żydom na karę śmierci nie został skazany.

Najlepszym jednak podsumowaniem holenderskiego stosunku do swoich własnych „osiągnięć” w czasie wojny jest historia Petera Mentena. Był to wyjątkowy zwyrodnialec. Podejrzanej maści przedsiębiorca po aferach które sprokurował w Wolnym Mieście Gdańsku zamieszkał w Polsce. Operował w Małopolsce wschodniej, którą opuścił po wkroczeniu tam w 1939 roku przez Sowietów. Przeniósł się do Krakowa, gdzie wszedł we współpracę z Niemcami. Po 22 czerwca 1941 roku wspomagał ich w eksterminacji Polaków na Kresach Wschodnio – Południowych. Był m.in. jednym ze współautorów zbrodni na polskich profesorach we Lwowie. Cały okres pobytu Niemców na tym obszarze Menten wykorzystał do szabrowania dzieł sztuki. Zgromadził potężną ich kolekcję. Po 1944 roku zbiegł do Holandii, której władze odmówiły wydania go władzom warszawskim, z uwagi na „brak dowodów popełnionych zbrodni”. Podobnie zachowały się w 1950 roku, kiedy takie dowody przedstawiono. Natomiast wzbogacony na krwi Polaków i grabieży ich majątków Menten, stał się szanowanym holenderskim biznesmenem, docierając do pierwszej dziesiątki najbogatszych mieszkańców tego kraju. Cieszył się też szacunkiem swych rodaków, jako wybitny kolekcjoner dzieł sztuki oraz filantrop i sponsor niemal wszystkich formacji politycznych działających w tym kraju. Kiedy więc w 1976 roku – 30 lat po wojnie! – holenderskie media wróciły do jego zbrodniczej przeszłości, większość Holendrów nie przyjęła tego do wiadomości. Menten zbiegł na wszelki wypadek do Szwajcarii gdzie go aresztowano. Wrócił do Holandii, odbył się proces, otrzymał wyrok 15 lat więzienia w 1977 roku. Wyszedł z więzienia po ośmiu latach „za dobre sprawowanie”. Zmarł dwa lata później, ale ani holenderski sąd, ani holenderskie władze, nie odebrały mu zagrabionych dzieł sztuki. Jak do dzisiaj podnosi się w publikacjach poświęconych temu bandycie, cieszy się on wciąż sympatią wielu Holendrów, którzy nie pogodzili się z prawdą o jego „dokonaniach” w Polsce.

Po wojnie Holendrzy jako „ofiary” niemieckiej okupacji, z entuzjazmem przyjęli pomoc w ramach planu Marshalla. Uzyskali ponad 1,1 mld. dolarów, prawie tyle samo co ich niemieccy sojusznicy oraz Włosi. Było to tylko dwa razy mniej niż potężna Francja i trzy razy mniej niż Wielka Brytania, która rzeczywiście krwawiła w czasie wojny. Do tego na kilkanaście lat Holendrzy anektowali niewielki fragment terytorium Niemiec, co było swoistą formą kompensaty za poniesione „straty” wojenne.

W ten to sposób, utrwalili oni powszechne przeświadczenie, że ponieśli wielkie ofiary w czasie wojny. W rzeczywistości jednak, prawdziwe ofiary ponosili oni od alianckich nalotów na swoje kolaboranckie obiekty, a później w okresie wspólnej z Niemcami walki przeciw wojskom alianckim. I właśnie te straty pokazali jako swój wkład w pokonanie Niemiec.

Przykład Holandii pokazuje, jak skutecznie można wmówić światu historię, która nigdy się nie wydarzyła, a jednocześnie przykryć tym swoje haniebne dokonania. Dziś żaden Holender nie ma poczucia winy ani za kolonializm, ani za kolaborację z niemieckimi nazistami i współudział w zbrodniach i Holokauście. Nikt się do niczego nie poczuwa, nikt za nic nie przeprasza, a przeciwnie – wyciąga ręce po nagrody i je uzyskuje od potomków swoich ofiar. Holendrzy nie sypią sobie popiołu na głowę, a żadna ich „gazeta wyborcza” czy „tvn” nie wzywa ich do „narodowej refleksji”. Mają świetne samopoczucie, co więcej są w pierwszym szeregu tych, któ®zy pouczają innych. Warto się tego nauczyć od tych arcymistrzów obłudy.

ZAPOMNIANY HOLOCAUST

 

R. Lucas był amerykańskim historykiem, który po napisaniu pracy o takim właśnie tytule (Forgotten Holocaust), był obiektem gigantycznej fali ostracyzmu uniwersyteckich elit w USA. Stało się tak, bowiem odniósł on określenie Holocaust do Polaków wykazując, iż byli oni obiektem niemieckiego ludobójstwa w czasie II wojny światowej podobnie jak Żydzi. Jest to oczywiste dla każdego, które nawet w „Wikipedii” zapozna się z treścią hasła „Generalplan Ost”. Jednak zrozumienie istotnej treści tego problemu przekracza jak widać możliwości intelektualne owych elit, o zwykłych obywatelach Izraela nie wspominając.

Co także istotne, samo pojęcie ludobójstwa jako zbrodni podlegającej karaniu przez społeczność międzynarodową zostało stworzone przez Polaka żydowskiego pochodzenia Rafała Lemkina i w swej oryginalnej postaci obejmowało niemieckie zbrodnie popełniane na Żydach, Polakach i Cyganach. Tak też ujmowano to zagadnienie przy okazji procesów norymberskich czy procesów innych zbrodniarzy, dopóki jeszcze Republika Federalna Niemiec w ogóle ich ścigała.

Dzisiaj niemal 75 lat po wojnie nastąpiło całkowite zawłaszczenie tego pojęcia wyłącznie przez Żydów, zaś Polacy zostali wskutek uporczywej propagandy ostatniego półwiecza, sklasyfikowani jako współsprawcy Holocaustu.

Nie miejsce aby analizować tu przyczyny tego zjawiska i jego przebieg. Jego skutkiem jest trwająca afera, dla której casus belli stały się prace nad ustawą o IPN. Paradoksalnie rozpętana przez izraelskie elity polityczne histeria stwarza jednak szansę na przełamanie schematu, stworzonego przez minione lata przez niemiecką propagandę historyczną, przy udziale części wpływowych środowisk żydowskich.

 

Prawdziwe powody afery

 

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kwestia określonej treści postanowień zawartych w nowelizacji polskiej ustawy, była w tej sprawie zagadnieniem drugorzędnym. Dwie kwestie miały tu znaczenie fundamentalne.

Po pierwsze walka polityczna tocząca się w Izraelu pomiędzy głównymi siłami politycznymi. Uznały one zgodnie, że wzniecenie fali antypolonizmu opłaci się im w kontekście nadchodzących wyborów parlamentarnych. Do tego zakładały, że wystarczy tylko głośniej krzyknąć o polskim antysemityzmie, a Polska podkuli ogon pod siebie i grzecznie – jak to się działo dotąd dotąd – przytaknie i przeprosi, ponownie samobiczując się jak współsprawca ludobójstwa (tak jak to czyniły elity polityczne i zwłaszcza „kulturalne” III RP).

Po drugie, niewątpliwie ważniejsze, jako podstawowy w perspektywie problem jawi się kwestia roszczeń działających głównie w Stanach Zjednoczonych organizacji żydowskich, do majątku należącego niegdyś do polskich Żydów.

Przyjrzyjmy się temu drugiemu problemowi. Jest on ściśle związany z będącą w fazie tworzenia amerykańską ustawą mająca wspierać roszczenia żydowskie, jak również polskimi pracami nad ustawą reprywatyzacyjną. Środowiskom żydowskim przed wybuchem afery udało się zaangażować znaczące siły amerykańskiego Kongresu w prace nad kwestią restytucji mienia żydowskiego. Co istotne i co jest na różne sposoby kamuflowane, profitentami ewentualnej restytucji mienia Żydów pomordowanych w czasie wojny nie mają być co do zasady ich rodziny, ale właśnie różne organizacje żydowskie, przede wszystkim te z USA. Ten model został już przećwiczony przy okazji walki ze szwajcarskim bankami, które pod naporem tych środowisk ugięły się o dokonały wypłat głównie właśnie na rzecz amerykańskich organizacji. Co jednak niezwykle ważne to fakt, iż ówczesne starania środowisk żydowskich prowadzone były równolegle z naciskiem władz amerykańskich na Szwajcarię, związanych z walką o demontaż obowiązujących tam reguł tajemnicy bankowej. Amerykanie mieli tu wsparcie wielu innych rządów i ten skoordynowany nacisk zmusił Szwajcarów do poważnych ustępstw na wszystkich odcinkach. To ważna lekcja, o której należy dzisiaj pamiętać.

 

USA i ich stanowisko wobec afery

 

Od początku zamieszania wywołanego przez ambasador Izraela wiadomo było, iż kluczową rolę odegra w sprawie postawa Amerykanów. Wydaje się, że dla polityków izraelskich było oczywiste, że uzyskają – jak zawsze dotąd – z tego kierunku pełne i bezwarunkowe wsparcie. W mojej ocenie widać wyraźnie, iż nic takiego nie nastąpiło, a ewidentny spadek napięcia po stronie izraelskiej jest konsekwencją zrozumienia, że nic takiego nie nastąpi.

 

Ze strony amerykańskiej usłyszeliśmy bowiem stanowisko wyrażone przez Departament Stanu oraz list grupy kongresmenów znanych z bezkrytycznego stosunku do Izraela. Jednak – wbrew pozorom – nie należących do najbardziej wpływowych środowisk w amerykańskich władzach. Pamiętać należy, że oświadczenia Dep. Stanu choć oczywiście ważne, nie są jednak ostatecznym wyrazem stanowiska władz USA. O ostatecznym kierunku ich działania decydują Prezydent oraz Sekretarz Stanu, którzy często przechodzą do porządku dziennego nad treścią różnych takich oświadczeń. W tym kontekście nawet wypowiedź R. Tillersona w tej sprawie, uznać należy za bardzo – z punktu widzenia izraelskiego – oględną. Trzeba jednak zauważyć, iż nawet treść komunikatu Dep. Stanu musiała być dla polityków izraelskich zimnym prysznicem. Zamiast bowiem usłyszeć jednoznaczne potępienie Polski spotkali się ze stwierdzeniami, iż oba kraje są strategicznymi sojusznikami USA (to samo powiedział Tillerson). Już tylko takie zestawienie obu krajów na tym samym poziomie musiało być dla Jerozolimy gigantycznym szokiem. Na przestrzeni ostatnich 70 lat Izrael zajmował bowiem w sposób niekwestionowany pozycję najważniejszego strategicznego sojusznika USA. Zrównanie Polski z pozycją Izraela było więc potężnym ciosem dla liderów tego państwa.

Jednak takie postawienie sprawy przez administrację amerykańską, nie jest czymś zaskakującym. Jest to oczywiste w świetle strategii bezpieczeństwa narodowego przyjętej przez administrację prezydenta Trumpa, która będzie bez wątpienia obowiązywać wszystkie instytucje amerykańskie do końca 2024 roku (bo nie wątpię że Trump obroni drugą kadencję). Polska jako kluczowy kraj wschodniej flanki NATO, jest dzisiaj  i na najbliższy okres w centrum strategicznych interesów USA. Jest tak bowiem Rosja została uznana w tejże strategii jako główny przeciwnik, a właśnie wschodnia flanka ma odgrywać kluczową rolę w powstrzymywaniu antyamerykańskiej ekspansji tego kraju. Dowodem jak poważnie Amerykanie traktują to zagadnienie jest choćby decyzja o znaczącym zwiększeniu środków na wzmocnienie wschodniej flanki już w kolejnym roku budżetowym, zgoda na zakupy najbardziej zaawansowanych technologii wojskowych przez Polskę czy coraz mocniejsze głosy konieczności translokacji gros sił amerykańskich z Niemiec do Polski.

Pomijając zatem osobiste uwarunkowania Trumpa, który wcale nie jest nie tylko filosemitą, ale też nie ma żadnych osobistych powodów aby być promotorem żydowskiego lobby w Ameryce, kluczowe są dlań obecnie następujące elementy:

  1. Jak wskazano wyżej, Polska stała się kluczowym partnerem USA w kluczowym dla skuteczności amerykańskiej strategii punkcie.
  2. Polska jest zapewne najbardziej obecnie lojalnym partnerem USA.
  3. Polska jest krajem, który dokonuje w USA liczących się zakupów broni, co ma przecież olbrzymie znaczenie dla amerykańskiej gospodarki,
  4. Polska odgrywa kluczową rolę w organizowaniu krajów Międzymorza, jako potencjalnie skutecznej przeciwwagi z jednej strony dla swobody rosyjskiej penetracji Europy, z drugiej zaś dla nieograniczonej pozycji Niemiec w Europie.
  5. Polska i Międzymorze są również potencjalnie bardzo poważnym odbiorcą amerykańskich surowców energetycznych.

Przyjrzyjmy się co z drugiej strony daje Ameryce sojusz z Izraelem.

  1. Utrzymanie zdolności istnienia Izraela kosztuje Amerykę dziesiątki miliardów dolarów rocznie.
  2. Izrael stał się dziś obiektem gigantycznego zagrożenia ze strony Iranu, który jest wspierany przez Rosję – uratowanie pozycji Izraela w regionie będzie kosztować Amerykę bardzo wiele i wiązać się będzie z daleko idącym ograniczeniem swobody manewru strategicznego przynajmniej na Bliskim Wschodzie.
  3. Izrael generuje olbrzymią niechęć nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale również w większej części Europy oraz Azji. Sytuacja ta coraz bardziej ogranicza swobodę ruchów Ameryki.

Już tylko to, przecież niepełne zestawienie pokazuje, jak wielka jest dysproporcja pomiędzy aktywami i pasywami obu krajów w relacjach z USA. Dodać do tego należy także niebagatelny fakt. D. Trump ma pełną świadomość tego, iż w jego walce o reelekcję głosy Amerykanów żydowskiego pochodzenia nie będą miały dla niego praktycznie żadnego znaczenia. Czegokolwiek by nie zrobił, to zdecydowana większość tych wyborców i tak będzie głosować na jego demokratycznego rywala. Odwrotnie ma się rzecz z wyborcami pochodzenia polskiego. To bowiem przejście bardzo wielu z nich w tradycyjnie demokratycznych stanach do obozu republikańskiego, dało mu zwycięstwo wyborcze. To potężny argument, którego wartości władze polskie niestety nie potrafią sobie ciągle dobrze uświadomić.

Trump decyzją o przeniesieniu ambasady USA do Jerozolimy dał Izraelowi i lobby żydowskiemu maksimum, poza które jego administracja już nie wyjdzie. Ameryki nie stać dziś bowiem na dalsze drażnienie swoich arabskich aliantów z Arabią Saudyjską na czele czy – zwłaszcza – z nieobliczalnej Turcji. Musi więc wręcz demonstracyjnie pokazywać, iż nie we wszystkim będzie żyrować poczynania Izraela.

Trzeba koniecznie zwrócić również uwagę na fakt, iż dla zdecydowanej większości amerykańskiej opinii publicznej problem polsko – izraelskiego spięcia w ogóle nie istnieje. Poza ekspozyturą najbardziej antypolskich środowisk żydowskich a więc „New York Timesem”, nikogo to właściwie nie interesuje. Nie ma zatem co wierzyć w narrację, o wszechpotężnym poparciu dla izraelskich pretensji w Ameryce. Jest raczej wręcz odwrotnie.

To wszystko stwarza dla Polski dobrą koniunkturę.

 

Odwaga, a nie kunktatorstwo

 

Z pewnością większość polskich reakcji na wywołaną przez Izrael aferę znamionowała ciężka panika. Zwłaszcza prawicowe portale internetowe, zamieszczające nieprzemyślane komentarze na gorąco, podgrzewały bez potrzeby atmosferę. Co ważne, strona polska od początku rozpoznała trafnie izraelskie intencje i nie miała wątpliwości, iż prawdziwym celem uderzenia były kwestie finansowe. Skoro tak, to trzeba wykorzystać izraelską zachłanność do tego, by doprowadzić do zasadniczej przebudowy naszych relacji z tym krajem, a zwłaszcza z żydowską diasporą. Skoro Izrael z taką lekkością odrzucił współpracę ze strony jednego z nielicznych prawdziwych aliantów, licząc że brutalnym atakiem wymusi uległość Polski, to trzeba zbudować nowe relacje na innym gruncie. Polska bowiem, dla zabezpieczenia swoich wyjątkowych relacji z USA nie może sobie pozwolić na podobnie brutalne traktowanie Izraela. Może jednak swoją twardością radykalnie ograniczyć dalsze antypolskie w swej istocie poczynania tego kraju.

W pierwszym rzędzie Polsce paradoksalnie opłaca się utrzymanie napięcia, bo otwiera drogę do wzmożonego eksploatowania kwestii wyłącznej niemieckiej odpowiedzialności za Holokaust. Już podniesienie kwestii reparacji od Niemiec, obaliło budowaną od półwiecza przez Niemców narrację, o polskim nazizmie. Obecne zamieszanie już także zmusiło ich do przypomnienia światu, że to oni byli twórcami obozów zagłady i odpowiadają za Holocaust.

To co jednak jest istotne, to uświadomienie poprzez skoncentrowaną kampanię prowadzoną przez władze polskie oraz siły społeczne, że 75 lat temu nikt na świecie nie miał wątpliwości co do tego, że Polska i Polacy byli taką samą ofiarą Niemców jak Żydzi. Zamiast obciążenia Holocaustem, co przecież przekłada się na postrzeganie Polski fundamentalnie, możemy zbudować dodatkowe atuty i wygrywać je na różnych polach.

Z tego punktu widzenia wydaje się że skierowanie przez prezydenta Dudę ustawy o IPN do Trybunału Konstytucyjnego i zajmowanie się przez tenże sprawą przez kolejne miesiące, utrzyma naturalnie potrzebne nam napięcie, dając szansę na wzmożoną ofensywę naszej narracji w wymiarze międzynarodowym. Tu jednak ważne jest zrozumienie zwłaszcza przez rządzących, że działania te muszą być prowadzone nie w studiach TVP Info i na prawicowych portalach internetowych, ale w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, Berlinie, etc.

Kwestia druga to pieniądze. Poza dyskusją pozostaje polskie stanowisko, że nie ma żadnych powodów aby w ramach ustawy reprywatyzacyjnej organizacje żydowskie uzyskały jakiekolwiek preferencje względem Polaków. Trzeba zdecydowanie podnieść na terenie międzynarodowym, uprzedzając ewentualne kolejne ataki, że Polska została zniszczona przez Niemcy oraz sowieckich „wyzwolicieli”. Że z tych zniszczeń musiała się podnieść samotnym wysiłkiem, bo nie było jej dane skorzystać z planu Marshala, z którego obficie korzystali choćby ci którzy wojnę wywołali, albo byli sojusznikami niemieckich zbrodniarzy. Większość majątków żydowskich przejęło państwo niemieckie albo funkcjonariusze tego państwa bezpowrotnie je zniszczyli. Żydzi polskiego pochodzenia i ich potomkowie, podobnie jak Polacy stali się ofiarą niemieckich działań, nie ma zatem podstaw aby dzisiaj państwo polskie kosztem swoich obywateli, rekompensowało wyłącznie organizacjom żydowskim ich nie poniesione straty.

Natomiast wychodząc naprzeciw oczekiwaniom żydowskim, Polska powinna zadeklarować poprzez swoich najwyższych przedstawicieli, iż jest gotowa przekazać potomkom Żydów polskich 20-25 % reparacji należnych nam od Niemiec. Taka deklaracja zmusiłaby i Izrael i środowiska żydowskie do otwartego opowiedzenia się, czyim sojusznikiem w staraniach o swoje roszczenia są w rzeczywistości. Zakładając iż w tym wypadku zachowają się nie tylko racjonalnie ale i moralnie, przyłączą się oni do naszych starań, przez co uzyskają one zupełnie inny wymiar.

 

Jeśli władze polskie będą postępować rozważnie i odważnie, mamy szansę odwrócić szkody sprowadzone na Polskę przez elity III RP i wcześniej PRL. Więcej takich szans może już nie być.

 

 

Najważniejsze wybory dla Polski w 2017 roku czyli…

Kto zostanie Premierem Republiki Czeskiej?

Przechodzący za chwilę do historii rok 2017 był naznaczony szeregiem ważnych z punktu widzenia Polski wyborów w krajach europejskich. W niemal zgodnej opinii za kluczowe uznawano wybory prezydenckie we Francji oraz wybory parlamentarne w Niemczech. Zwłaszcza te ostatnie traktowane były w kategoriach wręcz rozstrzygających dla Polski. Nie negując faktu, iż wybory u zachodniego sąsiada naszego kraju, kluczowego rozgrywającego w Europie mają swoją wagę, od początku byłem absolutnie przekonany co do tego, iż największe znaczenie dla Polski w tym roku mają wybory parlamentarne w Czechach.

Wybory te odbędą się w dniach 20 i 21 października i niewątpliwie będą miały daleko idący wpływ na sytuację w ramach Grupy Wyszehradzkiej, a w konsekwencji na pozycję międzynarodową Polski. Grupa Wyszehradzka odegrała w ciągu ostatnich dwóch lat olbrzymią rolę w Unii Europejskiej i stała się płaszczyzną bardzo dużego wzmocnienia naszego regionu w toczących się na forum UE sporach. Dzięki jej daleko idącej zgodności poglądów w najważniejszych sprawach Polska nie została wyizolowana w Unii tak, jak pragnęli tego berlińsko – brukselscy zwierzchnicy krajowej totalnej opozycji. Dzięki wspólnej aktywności swoich członków, V4 stała się punktem odniesienia dla innych krajów regionu: bałtyckiej trójki czy państw bałkańskich.

Wydaje się, że kluczem do tego sukcesu była postawa Czech, które przez wiele lat utrzymywały pewien dystans do tej inicjatywy. Czechy jako kraj bardzo silnie ekonomicznie uzależniony od Niemiec i od Austrii, były mocno podatne także na polityczne impulsy płynące z Berlina. Do tego widząc dwulicową postawę rządzonej przez Tuska Polski, nie miały najmniejszej ochoty aby aktywnie angażować się w powodzenie tej formacji. Właściwie można powiedzieć, że tradycyjnie nieufne względem siebie Polska i Czechy przez wiele lat próbowały budować swoją pozycję poprzez coraz silniejsze poddawanie się woli Berlina. Nie jest to sytuacja historycznie nowa, bowiem pierwsze stulecia obu państwowości w X i XI wieku wyglądały dokładnie w ten sam sposób.

Kiedy jednak Polska pod rządami PiS w sposób jednoznaczny wykazała swoją determinację w dążeniu do wzmocnienia znaczenia V4, polityka czeska natychmiast zmieniła swoją optykę. Koalicyjny rząd kierowany przez socjaldemokratów z prezydentem Zemanem podążyły tą samą droga co Polska, co w powiązaniu z podobną determinacją Węgier i V. Orbana zaowocowało historycznie wyjątkową spójnością poglądów i działania V4. Pomijając nieszczęśliwą rozgrywkę wokół reelekcji Tuska, V4 udowodniła swoją zdolność do wspólnego osiągania wielkich celów.

Jednak wybory w Czechach z całą pewnością doprowadzą do zmiany dominującej formacji. Miejsce największej obecnie partii parlamentarnej wspomnianych socjaldemokratów zajmie prawie na pewno obecny ich koalicjant, a więc partia ANO kierowana przez wicepremiera A. Babiśa. Co istotne wydaje się, że trwająca w ostatnich tygodniach ewolucja nastrojów wyborczych spowoduje, że oba te ugrupowania nie będą w stanie osiągnąć takiego wyniku, który pozwoliłby im kontynuować dotychczasową współpracę zapewniając komfort dalszego rządzenia w układzie dwóch partii. Co to oznacza dla Polski i jaki będzie miało to wpływ na sytuację w ramach V4 ?

Pierwszą kwestią jest niewątpliwie osoba A. Babiśa. Jest to polityk będący jednocześnie właścicielem jednego z największych czeskich koncernów i bodaj najbogatszym Czechem. W tym przywiązującym wielką wagę do egalitaryzmu społeczeństwie kariera polityczna tego biznesmena jest czymś zaskakującym. Do tego dochodzi szereg kontrowersji wokół osoby Babiśa. Jest on synem słowackiego dyplomaty, pobierał wykształcenie częściowo za granicą jeszcze w czasach komunistycznych, zaczynał także swoje interesy w dość kontrowersyjnych okolicznościach w firmach związanych z komunistycznymi służbami. Z wielu stron formułowane są zarzuty o jego rzekomych powiązaniach z KGB czy z obecnymi rosyjskimi służbami. Co jednak istotne dla zweryfikowania tych fake-news, funkcjonując od kilku lat jako wicepremier nie dał żadnych powodów, aby podejrzewać go o jakiekolwiek wątpliwe zachowania dotyczące polityki rosyjskiej prowadzonej przez Czechy.

Trzeba jednak zaznaczyć iż Babiś, jako niemal pewny na dziś przyszły premier Czech podobnie jak zdecydowana większość jego rodaków, postrzega Rosję i jej przywódcę w zupełnie innych kategoriach niż to ma miejsce w przypadku obecnego przywództwa Polski. Czesi choć nie mają złudzeń co do Rosji, to jednak zachowują o wiele więcej dystansu i racjonalności w podejściu do niej niż reprezentuje to strona polska. Jest to jednak w dużej mierze rezultatem innego położenia geograficznego, co wpływa też na poczucie większego bezpieczeństwa z tej strony.

Najważniejszym jednak pytaniem pozostaje to, czy A. Babiś będzie kontynuował dotychczasową linię w polityce zagranicznej Czech, co przecież leży w najlepiej pojętym interesie Polski ? Trzeba od razu stwierdzić, iż będzie to zależało od ostatecznego ukształtowania koalicji. Jeśli rząd Babiśa będzie musiał szukać poparcia ze strony konserwatywnego partnera PiS-u a więc ODS, jest duża szansa na dalsze pogłębienie dobrych relacji z Czechami. Wydaje się, że mimo niemieckich sympatii części liderów podobnie rzecz się będzie miała, jeśli partnerem Babiśa byliby czescy chadecy. Tym co z pewnością sprzyja spoglądaniu Babiśa w stronę tych dwóch ugrupowań, mających centroprawicowy charakter (podczas gdy ANO jest sytuowane raczej jako centrolewica), są z pewnością wspólne poglądy i na kwestie migracyjne, jak również podobne postrzeganie najważniejszych problemów gospodarczych. Tu na czoło wysuwa się konsekwentna polityka w celu wydobywania się Czech z głębokich zależności ekonomicznych od zachodniego i południowego sąsiada.

W tym kontekście zwrócić trzeba jednak uwagę na spektakularny wzrost poparcia w ostatnim okresie mocno prawicowej i skrajnie antyimigranckiej partii SPD, na czele której stoi inny znany biznesmen pochodzenia japońskiego Tomio Okomura. Wzrost znaczenia tej formacji skutkuje jednoczesnym spadkiem poparcia i dla ANO, ale i dla ODS. Jeśli dodać do tego stabilną od lat pozycję partii komunistycznej, oraz pewne już jak się zdaje wejście do parlamentu zarówno przez partię Piratów jak i liberalno – konserwatywną partię TOP 09, to widać wyraźnie, że słabnąca z dnia na dzień partia Babiśa będzie w trudnej sytuacji. Zbudowanie w tym mocno rozproszonym parlamencie stabilnej i względnej spójnej większości, a w ślad za tym i rządu, nie będzie zadaniem łatwym.

Podkreślić należy na tym miejscu, że Czechy nie mają obecnie polityka formatu Vaclava Klausa, który spójną wizją programową i zdecydowaną wolą potrafił zapewnić przez wiele lat stabilne przywództwo temu krajowi. Nawet kontrowersyjny prezydent Zeman był przez całe lata jednym z ważnych czynników stabilizujących Czechy. Dziś jako prezydent nie odgrywa niestety tak ważnej roli, a liderzy polityczni uwikłani we własne biznesy nie cieszą się porównywalnym zaufaniem. Ten niewątpliwy kryzys przywództwa jest zatem ciężkim balastem dzisiejszej czeskiej polityki.

Paradoksalnie jednak sytuacja taka stwarza duże szanse dla Polski. Polska jest bardzo silnie obecna w czeskim życiu gospodarczym, wzajemna wymiana handlowa rośnie bardzo szybko z roku na rok. Dzisiaj zarówno Polacy wobec Czechów jak i Czesi wobec Polaków są sobie wzajemnie bardzo przyjaźni. Upiory przeszłości (1920, 1938 i 1938) nie rzucają się już dziś cieniem na nasze relacje, co widać we wszystkich sondażach oceniających najbliższe sobie narody po obu stronach granicy. Można zaryzykować twierdzenie, że Polska i Czechy nigdy w historii nie były sobie tak bliskie jak obecnie. Co nie oznacza rzecz jasna, że nie ma przestrzeni na dalsze pogłębienie relacji.

Co jednak bardzo istotne to fakt, iż po stronie polskich decydentów panuje właściwie całkowity brak zainteresowania nie tylko dalszą dynamizacją tych procesów, ale również sytuacją polityczną w Czechach i wynikiem wyborów. A przecież gra toczy się o olbrzymia stawkę i Polska ma całą gamę instrumentów, przy pomocy których jest w stanie odgrywać istotny wpływ na wyborcze decyzje naszych południowych sąsiadów. Polska już dziś powinna wysyłać różnymi kanałami sygnały, jakie konfiguracje na złożonej czeskiej scenie politycznej byłyby najbardziej optymalne z punktu widzenia dobra wzajemnych stosunków. Nie jest to kwestia, którą strony czeskiego sporu politycznego mogłyby bagatelizować, a wręcz przeciwnie, mogłaby ona mieć ważny wpływ na ostateczne rozstrzygnięcia i wyborcze i koalicyjne. Niestety dzisiaj jest już za późno aby polskie sygnały miały wpływ na wynik wyborów. Jednak z punktu widzenia tworzenia koalicji rządowej, której kształt ma najżywotniejsze znaczenie również dla naszych interesów, ciągle jest czas na aktywną grę. Pamiętać bowiem trzeba, że inni gracze, jak choćby Niemcy i Austriacy czy Rosjanie, z pewnością będą wykorzystywać rozproszenie czeskiej sceny politycznej do takich rozstrzygnięć, które będą najlepiej służyć ich interesom. Nasza przewaga polega dziś na tym, że ci akurat gracze nie są widziani wśród czeskiej opinii publicznej i większości klasy politycznej z sympatią, zaś Polska taką sympatię ma. Nasza bierność byłaby – trawestując Talleyranda – czymś więcej  niż zbrodnią. Byłaby błędem.

Z Niemcami czy przeciw Niemcom?

Podniesienie kwestii reparacji wojennych należnych Polsce od Niemiec z tytułu popełnionych przez ich poprzednika prawnego II Rzeszę – zbrodni wojennych w czasie II wojny światowej wywołało uzasadnioną lawinę komentarzy i analiz po obu stronach Odry. Można już dziś zaryzykować twierdzenie, że w sposób nagły i zupełnie nieoczekiwany dla strony niemieckiej zagadnienie relacji z Polską z rangi trzeciorzędnego, stało się problemem pierwszoplanowym.

Do końca 2015 roku problem ten bowiem nie występował w polityce niemieckiej jako zagadnienie któremu należało poświęcać więcej uwagi, niż udawanie mniej więcej co pół roku, jak ważnym partnerem jest nasz kraj. To protekcjonalne traktowanie Polski było konsekwencją przyjęcia przynajmniej od czasów rządów Cimoszewicza, potem Buzka, Belki, Millera i – zwłaszcza – Tuska pozycji Polski jako niemieckiego junior partner. Niemcy świadomi bezwarunkowego uznania takiego stanowiska przez Polskę, z właściwą sobie bezczelnością systematycznie poddawali owej protekcji coraz większe obszary polskiego życia. W Polsce twórcy takiej doktryny „relacji” polsko – niemieckich argumentowali, iż jest to swoista cena za obecność w Unii Europejskiej i dostęp do – rzekomo – większych środków unijnych, które otrzymujemy dzięki przychylności Niemiec. Wreszcie największą nagrodą dla polskiego wasala miało być wylewarowanie Tuska na „prezydenta” Europy, co miało dowodzić znaczenia Polski w Europie oraz przynieść Polsce jakieś dodatkowe korzyści.

Jeszcze w pierwszej fazie rządów PiS A. Merkel miała nadzieję, że do pewnego stopnia uda jej się utrzymać dotychczasową sytuację. Można przypuszczać, że pierwotna faza działań brukselsko – weneckich motywowana była tym, aby stworzyć sobie warunki do „ułożenia” nazbyt usamodzielniającego się sąsiada. Nie można wykluczyć, iż podobnie było z kandydaturą Tuska. Merkel przez pewien czas była gotowa poświęcić go, gdyby otrzymała od Polski jasny sygnał, że ta jest w stanie godzić się z dotychczasowym układem sił. Pojawiły się nawet oferty, iż Niemcy będą gotowe uzupełnić Polsce finansowe uszczerbki wynikające z Brexitu.

Jednak scenariusz ten legł w gruzach głównie dlatego, że wybór D. Trumpa na prezydenta USA wywołał po stronie niemieckiej furię, ale jednocześnie skłonił elity niemiecki do radykalnej zmiany dotychczasowej polityki. Niemcy, którzy do dziesięcioleci budowali swoją pozycję w świecie korzystając z uznania ich przez Amerykę jako istotnego partnera w przywództwie, postanowili wkroczyć na drogę do samodzielnego osiągnięcia imperialnej pozycji. Zwrot ten nie był przypadkowy, a niemiecka polityka pełnego podporządkowania sobie Unii Europejskiej, która doprowadziła do Brexitu, dała im właśnie poprzez tę strukturę pozycję zbliżoną do supermocarstwa. Właśnie Brexit, a wcześniej brutalne podporządkowanie sobie Grecji stały się czytelnym znakiem owego radykalnego zwrotu w niemieckiej polityce. Symbolicznie można określić to jako odejście od prowadzonej dotąd polityki pozostającej w duchu szkoły fryderycjańsko – bismarckowskiej na rzecz polityki wilhelmińsko – adolfińskiej. Jednoznaczny wyraz tej zmianie A. Merkel dała podczas parteitagu CDU w – nomen omen – Norymberdze w sierpniu 2017 roku. W swoim przemówieniu wypowiedziała dotychczasową współpracę Stanom Zjednoczonym, a zrobiła to w imieniu całej Europy, choć rzecz jasna nie miała do tego niczyjego upoważnienia.

Jak zatem widać radykalna zmiana kierunku polityki niemieckiej zbiegła się ze zmianą kierunku polityki polskiej. Nowy rząd polski wykorzystał ową zmianę do zacieśnienia relacji z Stanami Zjednoczonymi, które nie zamierzają biernie przyglądać się owym imperialnym podrygom Berlina. W ten sposób znaleźliśmy się na swoistym froncie tego wielkiego starcia w obrębie wspólnoty północnoatlantyckiej.

Jest zatem oczywiste, że „szczodra” propozycja A. Merkel składana J. Kaczyńskiemu, w myśl której Niemcy miały z jednej strony założyć kaganiec Timmermansowi, z drugiej zaś uratować pieniądze dla Polski w nowym budżecie UE, w zamian za wasalną wierność w konflikcie z Ameryką, nie mogła trafić na podatny grunt. Natychmiast po prezentowanej jako odbytej w atmosferze pełnej przyjaźni i wzajemnego zrozumienia wizycie A. Merkel w Warszawie w lutym 2017 roku Niemcy przystąpili do ofensywy. Wbrew składanym w Warszawie zapewnieniom Merkel przeforsowała kandydaturę Tuska na drugą kadencję, a następnie spuściła ze smyczy Timmermansa, aby już bez żadnych pozorów atakował Polskę w każdej możliwej sprawie. Ten nacisk poprzez Brukselę miał pozwolić Berlinowi przynajmniej na zewnątrz zachować pozór dystansu i dać możliwość prowadzenia swobodnej gry, ale przede wszystkim stworzyć ideologiczną podstawę do tego, aby radykalnie uderzyć w Polskę w nowej perspektywie budżetowej. A. Merkel nie traci bowiem nadziei na to, że złamie w końcu polski opór i przymusi ją do powrotu do miejsca niemieckiej karawanie.

Z tego punktu widzenia podniesienie przez Polskę kwestii reparacji za zbrodnie niemieckie w czasie II wojny światowej stało się ciężkim ciosem dla niemieckich starań. Nie tylko dlatego, że umiędzynarodowienie tej sprawy prowadzi do zawalenia się w konsekwencji w gruzy prowadzonej przez ostatniej lata niemieckiej polityki historycznej, która skutecznie wybielała Niemców stawiając ich de facto w roli pierwszych ofiar nazizmu. Najważniejsze jednak, że uderzenie to nastąpiło w okresie szczytowej fazy kampanii wyborczej w Niemczech. Musiało zatem postawić w bardzo trudnej sytuacji A. Merkel, bo w oczywisty sposób jako urzędujący kanclerz musi ona bardzo wyważać swoje wypowiedzi w tej sprawie, dając tym samym pole do bardziej jednoznacznych wypowiedzi swoim rywalom.

Wydaje się że skutki tej sytuacji już obserwujemy i nie są one z pewnością korzystne dla samej Merkel. Jeszcze przed postawieniem tej kwestii w sposób bardziej wyraźny przez Polskę wydawało się, że zdecydowane zwycięstwo Merkel wraz z wejściem do Bundestagu liberałów z FDP pozwoli jej wrócić do współrządów z tą partią. W takiej koalicji Merkel miałaby całkowicie wolną rękę i polityka niemiecka uzyskałaby jeszcze większą swobodę w realizowaniu imperialnych podrygów. Jednak dzisiaj jest przesądzone, że szans na takie rozwiązanie już nie ma. Wykluczając możliwość koalicji z AfD Merkel sama ustawiła się w pozycji defensywnej. Oto bowiem możliwa stała się alternatywna koalicja wokół SPD z udziałem Zielonych i postkomunistycznej Lewicy z poparciem FDP. Takie konfiguracje istnieją już w kilku landach, więc nie można wykluczyć tej możliwości. Wbrew rachubom Merkel, głównym rozgrywającym stają się z dnia na dzień liberałowie, chyba że zdecyduje się ona na kontynuowanie „wielkiej koalicji” z SDP. W każdym jednak wariancie, Merkel wyjdzie jednak z wyborów bardzo silnie osłabiona, a jej swoboda ruchów ulegnie radykalnemu ograniczeniu. Bowiem SDP nie ustanie w zabiegach uwolnienia się od tej współpracy i zrobi wszystko by w końcu zmontować koalicję przeciw CDU/CSU. Wbrew zdecydowanej większości polskich komentatorów uważam, iż taka koalicja, jako skrajnie osłabiająca Niemcy, byłaby dla Polski korzystna. Niemcy bowiem pod wodzą słabej koalicji z Schulzem na czele nie tylko nie będą w stanie realizować żadnych pomysłów Europy „dwóch prędkości”, ale również przewodzić Unii Europejskiej w taki sposób jak robiła to Merkel. Doprowadzi to też do zasadniczej przebudowy sił w instytucjach unijnych, a to leży w najlepiej pojętym interesie Polski.

Taka sytuacja stwarza też Polsce wyjątkową okazję dla zrealizowania podstawowych celów politycznych względem Niemiec. Oprócz kwestii reparacji za zbrodnie niemieckie aktualne pozostają również następujące zagadnienia:

a) prawnego upodmiotowienia mniejszości polskiej w Niemczech

b) prawnego i materialnego rozwiązania kwestii zwrotu upodmiotowionej prawnie mniejszości polskiej, zagrabionego przez reżim hitlerowski mienia Związku Polaków w Niemczech i innych polskich organizacji

c) problemu restytucji zagrabionych przez Niemców w Polsce podczas wojny dóbr kultury oraz

d) delimitacji granicy polsko – niemieckiej na Zalewie Szczecińskim.

Pojawia się historyczna koniunktura, aby w tych obszarach znaleźć satysfakcjonujące Polskę rozstrzygnięcia. Jednocześnie wszakże, niezwykle silna i wpływowa w Polsce „partia pruska” kreśli różnorakie scenariusze, jakież to nieszczęścia spadną na nasz kraj jeśli skonfliktujemy się z Niemcami. Wśród najważniejszych „argumentów” pojawiają się cztery, silnie oddziałujące na wyobraźnię.

Po pierwsze padają sugestie, iż wejście w spór z Niemcami zrujnuje ostatecznie pozycję Polski w Unii Europejskiej.

Po drugie podnosi się, że spór z Niemcami ugodzi w polską gospodarkę, bowiem to ten kraj jest naszym głównym partnerem handlowym.

Po trzecie wskazuje się, że spór ten uniemożliwi realną pomoc dla Polski ze strony NATO, bowiem to tylko poprzez Niemcy może przyjść efektywne wsparcie dla nas na wypadek konfliktu z Rosją.

Po czwarte w końcu, powołując się na doświadczenia historyczne podnosi się, że polski opór doprowadzi do powrotu polityki niemieckiej na tory współpracy z Rosją, co w konsekwencji to my odczujemy najciężej.

Spróbujmy przeanalizować te argumenty. Co do pozycji Polski w Unii Europejskiej nie ulega żadnej wątpliwości że odgrywany obecnie spektakl ćwiczenia Polski przez Timmermansa, jest możliwy wyłącznie za inspiracją i zgodą Berlina. I jest oczywiste, że uciszenie tego jazgotu jest możliwe wyłącznie wtedy, jeśli uznamy swoją wasalną pozycję wobec Niemiec. Jednocześnie jednak Berlin i Bruksela przekroczyły już granice, bowiem kolejne ich działania mają na tyle precedensowy charakter, że będą budzić coraz większy opór rosnącej grupy innych członków Unii. W istocie rzeczy, Berlin i Bruksela nie są już w stanie Polsce bardziej zaszkodzić. Jeżeli bowiem będą kontynuować tę linię i doprowadzą do radykalnego ograniczenia wysokości środków desygnowanych dla nas w nowym budżecie, doprowadzą do stworzenia historycznych warunków dla przeprowadzenia Polexitu. A to będzie klęską całej Unii i doprowadzi do jej szybkiej destrukcji, bądź sprowadzenia jej do grona kilku satelitów niemieckich. Dla Niemiec oznaczać to jednak będzie definitywne zamknięcie możliwości ich skutecznego oddziaływania na całą Europę Środkowo – Wschodnią, co w sposób fundamentalny podminowuje ich pozycję i w Unii i szerzej, w wymiarze globalnym.

Co istotne, tu przechodzimy do drugiej kwestii, Niemcy nie mają dziś ani interesu aby uderzać w Polskę finansowo, ani rujnować stan obecnej wymiany handlowej. Wbrew obawom czy przestrogom „partii pruskiej”, to Niemcy są głównym beneficjentem poziomu owej wzajemnej wymiany handlowej. Wskazać tu trzeba jako charakterystyczny fakt, że to co bardziej świadomi politycy niemieccy przestrzegają przed ograniczeniem unijnych wypłat z funduszy strukturalnych i spójnościowych dla Polski, bowiem – jak podają – 80% tych środków trafia w konsekwencji do niemieckich firm. Także to niemiecki przemysł zyskuje przewagę konkurencyjną dzięki temu, że w olbrzymim stopniu kooperuje ze swoimi polskimi filiami, które korzystają z ciągle radykalnie tańszej siły roboczej, różnorakich korzyści fiskalnych dzięki zlokalizowaniu w specjalnych strefach ekonomicznych oraz niskim kosztom transportu. Niemiec nie stać dzisiaj na to, aby zaryzykować kryzys w relacjach gospodarczych z Polską, bo każde uderzenie w nasz kraj wywoła proporcjonalne szkody w ich własnej gospodarce. Można zatem z dużą dozą pewności przyjąć, iż niezależnie od stanu relacji politycznych, to strona niemiecka będzie zainteresowana w utrzymywaniu dobrych relacji gospodarczych z Polską.

Równie bałamutny jest argument, w myśl którego to Niemcy mają warunkować efektywność pomocy NATO na wypadek polskich problemów na wschodzie. Po pierwsze dlatego, że Niemcy nie są w stanie udzielić nam żadnej pomocy (nawet gdyby chcieli), bowiem stan ich sił zbrojnych jest opłakany. Po drugie zaś dlatego, że na szczęście nasz główny i jedyny realny sojusznik z NATO czyli Stany Zjednoczone, zachowały sobie pełną swobodę działania na terenie Niemiec. Niemcy mogą ustami Merkel wygadywać różne rzeczy, ale w kwestiach militarnych Amerykanie na niemieckim terytorium ciągle suwerennie decydują o wykorzystywaniu baz lotniczych, portów wojennych oraz strategicznych szlaków komunikacyjnych dla przerzutu wojsk. Im bardziej Merkel czy rząd niemiecki będzie chciał naciskać na Polskę, tym bardziej Amerykanie będą egzekwować swoje uprawnienia militarne w Niemczech. Nie ma tu zatem żadnych zagrożeń dla Polski.

Wreszcie kwestia czwarta, czyli ewentualność zacieśnienia relacji niemiecko – rosyjskich. Już poczynione wyżej uwagi wskazują na to, iż ostatecznie Niemcy nie są w stanie wykroczyć nadmiernie daleko w takich dążeniach. Jedyną groźbą dla Polski pozostaje deklarowanie przez Niemcy i ich wasali obojętności dla rosyjskiej swobody na wschód od Wisły. Jednak nawet ewentualne tak daleko idące deklaracje niemieckie nie mają dla Polski żadnego znaczenia tak długo, jak długo Stany Zjednoczone i za nimi większość państw NATO, będą takiej aktywności Rosji stanowczo się przeciwstawiać. Tak czy inaczej kluczem pozostaje tu stanowisko amerykańskie, a na nieszczęście Niemiec zarówno obecnie republikanie jak i demokraci zajmują wobec Rosji podobne stanowisko. Nie ma zatem groźby, aby w dającej się przewidzieć przyszłości nastąpiła w Waszyngtonie niekorzystna z polskiego punktu widzenia Polski zmiana.

To wszystko oznacza, że Polska posiada dziś wobec Niemiec stosunkowo silne karty. Na tyle silne, że pozwalają one na bardziej zdecydowane podjęcie wskazanych wyżej tematów. Można wskazać, że pozycja Polski uległaby zdecydowanemu wzmocnieniu, gdyby podjęta została decyzja o budowie elektrowni atomowej na obszarach naodrzańskich. Dałoby to stronie polskiej kolejny, wielkiej wagi argument w negocjowaniu kluczowych kwestii z Niemcami i sprowadziłoby je do pozycji polskiego petenta.

Trzeba jednak uświadomić sobie że w naszym interesie leży, aby ten ewentualny spór z Niemcami został szybko rozwiązany. Polski nie stać na to, by kontynuować nadmiernie długo linię konfrontacyjną i doprowadzić do tego, aby kwestia ta stała się zagadnieniem pierwszoplanowym dla Niemiec. Będą one bowiem wtedy skrajnie zdeterminowane do uruchomienia wszelkich instrumentów, aby problem polski rozwiązać. Z tego punktu widzenia zaprezentowane ostatnio wejście w problem reparacji uznać należy za jak najbardziej fatalne rozwiązanie. Uruchomienie tego odcinka konfrontacji (bez poruszania innych kwestii), do tego w sposób całkowicie nieprzygotowany i chaotyczny, stawia nas w pozycji kraju niepoważnego i nieobliczalnego. To najgorszy sposób wejścia w tę konfrontację jaki można sobie wyobrazić. Na szczęście Niemcy pogrążone w wyborczej walce, a następnie w sporach związanych z tworzeniem nowej koalicji rządowej, nie zdołały i nie zdołają szybko w pełni wykorzystać polskich błędów. Zyskaliśmy zatem trochę czasu na to, aby zdecydowanie lepiej przygotować się do tej walki. Miejmy nadzieję, że obecnym władzom RP nie zabraknie determinacji do tego, aby powstałą nieoczekiwanie koniunkturę wykorzystać.

Dlaczego Angela Merkel zaprosiła migrantów?

Damy radę

31 sierpnia 2015 roku kanclerz Niemiec Angela Merkel wypowiedziała słynne słowa „Wir schaffen das”, czyli „Damy radę”. W konsekwencji tego oświadczenia uruchomiony został wówczas kilkutygodniowy propagandowy spektakl, którego efektem było nagłe wzmożenie migracji mieszkańców Afryki i Azji do Europy. Gwałtowna „wędrówka ludów” objęła kilka milionów ludzi, spośród których w granicach 1,5 mln dotarło w granice Unii Europejskiej. W obozach dla migrantów w Turcji, Libanie, Jordanii oraz na terenie Libii (to cztery główne miejsca skąd wyruszają oni w drogę do Europy) pozostaje kilka milionów osób. Dla zdecydowanej większości z nich dotarcie do Europy, a ściślej mówiąc do Niemiec, jest celem życia.

Niezależnie od nachalnej propagandy, prowadzonej głównie przez ośrodki lewicowe, skonstatować należy że przytłaczająca większość z tych osób to migranci ekonomiczni. Mimo prób wmawiania, że w całym tym zamieszaniu chodzi o uchodźców pragnących schronić się przed konsekwencjami tragicznych konfliktów zbrojnych i politycznych głównie na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce, jedynie niecałe 5 % z nich spełnia formalne wymogi przyznania im takiego statusu.

Ostatnie dwa lata, od momentu wspomnianego wystąpienia kanclerz Merkel, stanowią niekończący się wstrząs dla Europy. Oprócz kryzysu humanitarnego, gwałtownie spadł poziom bezpieczeństwa mieszkańców większości państw europejskich, co jest konsekwencją wzrostu zagrożenia terrorystycznego. Nie przesądzając na tym miejscu czy ów terroryzm jest skutkiem działania migrantów ostatniego okresu czy raczej radykalizacji drugiego czy trzeciego pokolenia wcześniejszych migrantów jest faktem nie budzącym wątpliwości, iż czy to formalnie czy nieformalnie państwa zachodnie funkcjonują dziś w warunkach stanów wyjątkowych. Unia Europejska która podejmuje dziś prace nad nową perspektywą budżetową, stoi wobec wielkiego wyzwania znalezienia olbrzymich środków na skutki owego migracyjnego kryzysu. Wreszcie rozbieżności rządów europejskich wobec problemu migracyjnego doprowadziły do instytucjonalnego kryzysu w Unii Europejskiej i można powiedzieć, że przyszłość tej organizacji rysuje się w czarnych barwach.

Wydaje się, że stan który obserwujemy obecnie jest jednak zaledwie uwerturą problemów, jakie są przed nami. Kryzys migracyjny stał się zatem centralnym zagadnieniem polityki europejskiej, w obliczu którego nawet Brexit stał się zagadnieniem drugorzędnym. Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że matką chrzestną tego wstrząsu jest Angela Merkel. To jej postawa latem i jesienią 2015 roku zadecydowała o gwałtownym przyspieszeniu procesów migracyjnych i doprowadziła do wszystkich negatywnych konsekwencji zasygnalizowanych wyżej, jak również tutaj nie wymienionych.

Nie sposób pojąć jak osoba, która ponosi wprost odpowiedzialność za ten wstrząs może odgrywać w europejskiej polityce tak dominującą rolę. Nie sposób pojąć jak osoba, która sprowadziła na Niemców tyle problemów, pewnie kroczy po kolejne wyborczy triumf. Ale nie to jest tak naprawdę najważniejsze w tej sprawie. Najważniejszym pytaniem pozostaje to, które postawiłem w tytule. Dlaczego A. Merkel zaprosiła migrantów do Europy ? Jest to przecież kwestia kluczowa. Bez prawidłowej odpowiedzi na to pytanie, nie będziemy w stanie zrozumieć tego wszystkiego, co się dziś dzieje w Europie i, zwłaszcza, tego co się dzieje z Unią Europejską.

Dlaczego tu są ?

Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, pojawiło się szereg różnych spekulacji. Przyjrzyjmy się im i oceńmy je.

Jedną z popularniejszych wersji, suflowanych zwłaszcza przez różne ośrodki niemieckie i filoniemieckie, jest argumentacja moralna. Jej promotorzy twierdzą zatem, że Niemcy, na których ciąży szczególny ciężar z tytułu skutków II wojny światowej czują potrzebę swoistego zadośćuczynienia za wyrządzone przez siebie wtedy krzywdy. Chcą je zatem zadośćuczynić poprzez okazanie szczególnej troski dla tych osób. Jest to oczywiście argumentacja przewrotna. W odczuciu bowiem przeciętnego współczesnego Niemca zbrodnie II wojny światowej popełniali bliżej nieokreśleni „naziści”. Przy okazji polskich postulatów reparacyjnych usłyszeliśmy też, że dzisiejsi Niemcy są przecież w znacznej części ludźmi pochodzenia nieniemieckiego i nie można od nich żądać zrozumienia dla odpowiedzialności za owe „nazistowskie” wyczyny. Rzeczywiście obserwując dzisiejszych Niemców w jakimkolwiek wymiarze ich funkcjonowania trudno przyjąć za poważne twierdzenie, że mają oni jakiekolwiek rozterki moralne wynikające z tego, co wyprawiali ich rodzice bądź dziadkowie w latach II wojny światowej. Argument „moralny” jest więc tak dalece naiwny, że pozostawimy go ludziom naiwnym.

Drugą co do atrakcyjności koncepcją jest wersja ekonomiczna. Oto bowiem Niemcy przechodzą od lat kryzys demograficzny. W jego konsekwencji narastają problemy na niemieckim rynku pracy i konieczne jest zaabsorbowanie nowych sił roboczych miałoby zatem stanowić rozwiązanie tego problemu ciążącego coraz bardziej niemieckiej gospodarce. Jeżeli jednak przyjrzymy się przeciętnemu migrantowi przybywającemu obecnie do Europy, to raczej trudno uznać za minimalne poważną tego typu argumentację. Ci ludzie żadnych problemów niemieckiej gospodarki z pewnością nie rozwiążą. Nie jest to zresztą nic nowego. Niemcy mają przecież doświadczenie z migrantami ekonomicznymi z tamtych rejonów świata z wcześniejszego okresu, choć rzecz jasna nie taką skalę jak dotychczas. I nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jedynym skutkiem tych migracji było gwałtowne zwiększenie obciążeń niemieckiego systemu opieki społecznej. To właśnie szczodrość tego systemu jest skądinąd jednym z głównych czynników stymulujących napędzanie ruchów migracyjnych do Europy.

Trzecią w kolejności argumentacją jest twierdzenie, iż przybysze spoza Europy stanowią czynnik kulturowo ubogacający stary kontynent. To dzięki nim skostniała Europa ma zostać „odświeżona” i dzięki temu zyskać nowe impulsy rozwojowe. Na poziomie sarkastycznym można byłoby skomentować tę argumentację stwierdzeniem, iż owego odświeżenia doznały w sposób szczególne niemieckie kobiety podczas nocy sylwestrowej 2015/2016, a i na co dzień w ostatnim okresie mają z tym doświadczeniem do czynienia niemal na każdym kroku. I w tym wypadku widać wyraźnie że mamy tu do czynienia z propagandą.

Jednak w odniesieniu do obu argumentów warto wspomnieć, że to Niemcy stały się głównym hamulcowym przyjęcia do Unii Europejskiej Turcji. To ich sprzeciw sprawił, że Turcja nie weszła do Unii, a w konsekwencji doszło do radykalnych zmian w tym kraju. A przecież zarówno turecki potencjał siły roboczej, na tle dzisiejszych migrantów jawi się jako nieporównywalnie wartościowszy, a i skłonność do realnej integracji Turków (i Kurdów) w Niemczech jest zupełnie inna niż tego co obserwujemy w ostatnich latach. Niemcy mieli tego świadomość, więc gdyby argumenty powyższe miały być prawdziwe, już dawno odblokowaliby przyjęcie Turcji do UE.   

Kolejnym argumentem tym z kategorii spiskowych historii, jest twierdzenie iż zalew migrantów głównie wyznających islam jest czynnikiem przy pomocy którego ma być przeprowadzona operacja ostatecznej likwidacji chrześcijaństwa w Europie. Wydaje się jednak, iż do tej operacji nie trzeba nowych rzesz migrantów. Jednak zarówno moralna degeneracja Europy Zachodniej, jak i ekspansywność już obecnych w Europie muzułmanów są wystarczające aby poradzić sobie zachodnioeuropejskim chrześcijaństwem. Żadna nowa fala migrantów nie jest tu już potrzebna.

Patrząc zatem ze ściśle niemieckiego punktu widzenia, nie widać żadnych korzyści z dopływu imigrantów. Odwrotnie, widać bardzo wyraźnie negatywne skutki migracji dla tego kraju. Zagrożenie terrorystyczne, obciążenie socjalne, zachwiana równowaga społeczna, podminowana pozycja Niemiec w Europie – to tylko kilka elementów pokazujących prawdziwe skutki tej „wędrówki ludów”.

Jeśli zatem operacja ta nie przyniosła żadnych korzyści, a jednocześnie wywołała tak daleko idące negatywne konsekwencje, to albo jej autor był szaleńcem, albo kryje się za jego działaniem plan o daleko idących konsekwencjach. Czy jest taki plan ? Może warto się przyjrzeć kilku ważnym zjawiskom  jakie miały miejsce w Niemczech w ostatnich latach i rozważyć, jaki jest ich związek z działaniami kanclerz Merkel.

Niemcy pod rządami Merkel

A. Merkel przejęła władzę w momencie, gdy kraj przeżywał spore problemy związane z zadłużeniem sektora publicznego. Niemcy jako twórcy Euro a wcześniej kryteriów z Maastricht mieli problemy aby utrzymać się w tych parametrach. Do tego doszedł później globalny kryzys finansowy, co pogłębiło kłopoty. Jednak faktyczny władca Niemiec minister finansów W. Schaeuble przeprowadził wielki plan, który pozwolił Niemcom występować jako liderowi strefy Euro. Przedsięwzięcie to miało wiele elementów, ale tutaj skupimy się na tych najważniejszych.

Po pierwsze Schaeuble radykalnie ograniczył inwestycje realizowane przez rząd federalny. Zwłaszcza inwestycje w infrastrukturę. Niemcy wykorzystywali manipulację budżetem UE dzięki której, tereny b. NRD uznane zostały jako jedyny kraj postkomunistyczny i z tego względu wsparte zostały potężnymi środkami na dostosowanie tych terenów do stany Niemiec Zachodnich. Jednak poza nakładami z tych źródeł, nakłady federalne na infrastrukturę były znikome, dzięki czemu znacząco ograniczono deficyt budżetowy.

Był to jednak tylko jeden z zabiegów służących poprawieniu parametrów budżetu federalnego. Ważnym dodatkowym elementem stały się manipulacje niemieckim eksportem i importem w celu wytworzenia poważnych nadwyżek finansowych w handlu zagranicznym. Import niemiecki koncentrował się w minionych latach przede wszystkim na sprowadzaniu z państw o tańszych kosztach produkcji (głównie Grupy wyszechradzkiej, której członkowie stali się w tym okresie największym partnerem handlowym Niemiec) produktów i półproduktów, które odsprzedawane są dalej jako produkt niemiecki. Towarzyszy temu stymulowane przez rząd federalny ograniczanie importu we wszystkich obszarach, w których zagrażałoby to w jakikolwiek sposób potencjałowi niemieckiego przemysłu. Ta polityka pozwoliła rzeczywiście uzyskać Niemcom wielkie nadwyżki w wymianie handlowej.

Ale najważniejsze okazało się wykorzystanie federalnego charakteru państwa niemieckiego do transferu zadłużenia rządu federalnego na budżetu krajów związkowych i samorządów. Wykorzystując metodologiczne kombinacje Eurostatu i własnego urzędu statystycznego, Niemcy „oczyścili” rząd federalny ze znacznej części zadłużenia, dzięki czemu stali się prymusem strefy Euro. Jednocześnie z uwagi na fakt, że zasadniczy transfer socjalny odbywa się poprzez landy i samorządy, ten olbrzymi ciężar finansowy pogrążył właśnie landy i samorządy. Jest rzeczą charakterystyczną, że licząc łącznie zadłużenie sfery publicznej (a więc rządu federalnego, krajów związkowych, samorządów i instytucji publicznych) Niemcy prześcigają Grecję, Włochy czy Portugalię, ale na zewnątrz liczy się wizerunek rządu federalnego.

Jednak wzmocnienie pozycji Niemiec w strefie Euro i w UE było tylko jednym z celów Schaeublego. Drugim stało się faktyczne uprzedmiotowienie krajów związkowych i samorządów. Tutaj konieczne jest ważne wytłumaczenie. RFN gdy powstawała po wojnie ukształtowana została jako kraj federalny jako antyteza silnie scentralizowanych Niemiec hitlerowskich. Właśnie silna pozycja niemieckich landów, zwłaszcza ich finansowa samodzielność i niezależność od rządu federalnego, miały być jedną z gwarancji realnej denazyfikacji Niemiec. Traktowane to było jako trwała instytucjonalna gwarancja trwania niemieckiej demokracji i instrument zapobiegający możliwości odbudowania „pruskich” Niemiec.

Dzisiaj jest to już historia. Jedynie Bawaria zachowuje minimum finansowej niezależności od rządu federalnego, pozostałe landy są zakładnikami min. Schaeublego. W jeszcze większym stopniu dotyczy to samorządów (powiatowych, miejskich i gminnych). Fundament niemieckiego federalizmu jest już zupełną fikcją, a rząd federalny uzyskał pełnię kontroli finansowej nad krajem.

Istotnym uzupełnieniem tej operacji stało się złamanie innej, istotnej gwarancji niemieckiego federalizmu. Podobnie jak samodzielność finansowa, drugim filarem demokratycznych Niemiec miało być zachowanie najistotniejszych kompetencji w zakresie ochrony bezpieczeństwa i porządku publicznego w rękach krajowych ministrów spraw wewnętrznych. Federalny minister był przez całe dziesięciolecia jedynie koordynatorem ministrów krajowych o bardzo ograniczonym zakresie kompetencji. Nie trzeba specjalnie rozwodzić się dlaczego Alianci, którzy stworzyli ten model, preferowali na tle doświadczeń okresu hitlerowskiego takie właśnie rozwiązanie.

I oto właśnie jesteśmy świadkami jak federalny minister spraw wewnętrznych Th. De Meziere wprowadza w życie „pakiet” swego imienia, który wywraca do góry nogami dotychczasowy model. Powodem tej zmiany są negatywne doświadczenia w funkcjonowaniu dotychczasowych rozwiązań, w ramach których nie radzono sobie z efektywną walką z terroryzmem. Okazało się, że że krajowi ministrowie nie są w stanie wymieniać się informacjami dotyczącymi osób podejrzanych o skłonności terrorystyczne, a i terroryści po dokonanych zamachach, bez trudu wędrowali sobie po Niemczech, bo „nie było komu koordynować” ich ścigania. To właśnie dlatego teraz minister de Meziere będzie już mógł ich skutecznie ścigać.

Warto tu na marginesie jedynie dodać, iż T. de Meziere jest synem L. de Meziere’a, ostatniego premiera NRD. De Meziere senior który doprowadził do likwidacji NRD, okazał się później wieloletnim twardym współpracownikiem Stasi. Tak się akurat złożyło, że to właśnie L. De Meziere był akuszerem politycznej kariery A. Merkel i wieloletnim je promotorem.

Nie bez znaczeniu jest tu także fakt, iż przynajmniej od zamachu w Berlinie, a więc niemal od roku, Niemcy funkcjonują w warunkach nieformalnego stanu wyjątkowego. Obowiązują nadzwyczajne procedury bezpieczeństwa i związane z tym ograniczenia w sferze różnorakich praw obywatelskich.

Ważnym dodatkowym filarem obecnej sytuacji w Niemczech, jest wprowadzenie faktycznej cenzury w środkach masowego przekazu. Na przestrzeni ostatnich 2 – 3 lat niemiecka rada tzw. etyki mediów, wydała niezliczone instrukcje dotyczące sposobów opisywania współczesnej rzeczywistości w tym kraju. Trzeba pamiętać, że w Niemczech dyspozycje te mają charakter w istocie wiążący. Przynajmniej na poziomie zdecydowanej większości mediów są one bezwzględnie przestrzegane, a niestosowanie się do tych dyspozycji grozi daleko idącymi sankcjami finansowymi w przypadku ewentualnych sporów sądowych. Żadne zatem medium nie zaryzykuje wchodzenia w konfrontację z linią określoną przez to ciało.

Uzupełnieniem tej nowej sytuacji jest kompletna kapitulacja niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Ciało to ukształtowane u zarania RFN miało być strażnikiem demokracji niemieckiej i zasad niemieckiego federalizmu. Czasy gdy tak było przeszły do historii. Niemiecki Trybunał jest dzisiaj emanacją partyjnej „Wielkiej Koalicji” i składa się z funkcjonariuszy CDU/CSU i SPD, którzy wykonują posłusznie polecenia swoich pryncypałów. Trybunał na przestrzeni ostatnich lat nie uczynił nic, aby uratować niezależność krajów związkowych w kluczowych obszarach i milcząco zaakceptował całkowitą zmianę ustroju Niemiec.

Niemcy bowiem nie są już dziś państwem federalnym. Skala scentralizowania Niemiec zaczyna dzisiaj przypominać model znany z okresu II Rzeszy (a więc Niemiec wilhelmińskich po 1871 roku) oraz III Rzeszy (a więc Niemiec adolfińskich). Stało się to, przed czym przestrzegali demokraci niemieccy w momencie, gdy przenoszono stolicę RFN z Bonn do Berlina. Wskazywali wtedy, iż doprowadzi to nieuchronnie do ożywienia ducha pruskiego, który zawsze prowadził Niemcy do nieszczęść.

Angela Merkel jako wytwór mentalności pruskiej, jest realizatorką tej wielkiej operacji. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że całą afera migracyjna jest niezbędnym kamuflażem dla skutecznego przeprowadzenia tej operacji. Bez owego „kryzysu” Niemcy nigdy nie zaakceptowaliby powrotu cenzury, ograniczenia swoich praw obywatelskich czy zniszczenia niemieckiego federalizmu i samorządności. Dzięki aferze migracyjnej odbierają te działania jako niezbędne dla zabezpieczenia ich podstaw egzystencjalnych. Tak samo działo się w latach 30-tych XX wieku.

Ów wewnętrzny zwrot nie jest jednak jedynym objawem tej wielkiej zmiany. Poczynając od upokorzenia Grecji w niemieckiej polityce zagranicznej można zaobserwować wyraźny odwrót od dotychczasowej linii fryderycjańsko – bismarckowskiej na rzecz linii wilhelmińsko – adolfińskiej. Najważniejszym wyrazem tej zmiany stało się otwarte wypowiedzenie dotychczasowego partnerstwa Stanom Zjednoczonym i rzucenie im rękawicy. A. Merkel – nomen omen – w Norymberdze, samozwańczo występując w imieniu Europy oświadczyła z tupetem, iż Europa będzie odtąd radzić sobie sama. Także jednak dla uzasadnienia tego zwrotu, niezbędna była jej afera migracyjna.

Takie są w moim przekonaniu główne powody, dla których Angela Merkel zaprosiła do Niemiec migrantów.

Do kiedy Polska pozostanie w Unii Europejskiej?

Brexit stal się prawdopodobnie decydującym ciosem w Unię Europejską, która już wcześniej uginała się pod ciężarem problemów finansowych strefy EURO oraz sprowokowanego ideologicznym zaślepieniem kryzysu migracyjnego. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA, reprezentującego nurt quasi-izolacjonistyczny, spowoduje zdystansowanie się Ameryki wobec problemów Unii Europejskiej, choć nie koniecznie Europy. Będzie to miało z pewnością wpływ na dalszą dekompozycję Unii w jej obecnym kształcie. Porażka rządu włoskiego w referendum, spowodowała wstrząs w kolejnym dużym kraju Unii i otworzyła perspektywę przyspieszonych wyborów. Zaostrzająca się kampania wyborcza we Francji i w Niemczech spowodują, iż w 2017 roku Unia zatraci realną zdolność do uruchomienia mechanizmów choćby tylko samoobronych.

Mimo nadrabiania dobrymi minami przez niektórych liderów europejskich, to właśnie dzisiaj Unia doznaje najcięższego ciosu w swojej historii. Mijające dni i tygodnie zdają się dowodzić coraz bardziej, że jest to cios śmiertelny.

Brexit jest bowiem ciężką klęską pewnej idei, którą w ostatnich latach eksploatowano, a która sprowadzało się do zbudowania „lepszej Unii niż amerykańska”. Ekspandująca Unia, która stała się pierwszą potęgą gospodarczą świata i która usiłowała budować w minionym okresie swoją siłę polityczną, przechodzi właśnie do historii. Uszczerbek brytyjskiego potencjału gospodarczego oznacza nie tylko spadek pozycji Unii za Stany Zjednoczone i Chiny, ale również utratę olbrzymiej ilości korzyści, jakie odnosiła Unia dzięki dawnym brytyjskim więzom w świecie.

Dla Unii Brexit oznacza również olbrzymi wstrząs budżetowy, straci ona bowiem jednego z głównych płatników netto, a do tego straci wpływ na funkcjonowanie brytyjskiego rolnictwa. Swoiste status quo utrzymywane na tym obszarze w interesie Niemiec i Francji ze szkodą dla Brytyjczyków i innych krajów unijnych, spowoduje nieuchronnie wielkie komplikacje na tym kluczowym dla Unii politycznie i finansowo obszarze.

Wreszcie politycznie Brexit spowoduje konieczność wykrystalizowania się nowego przywództwa Unii. Przez ostatnie lata faktyczne kierownictwo spoczywało w rękach Berlina i Londynu. Obie stolice rywalizowały ze sobą, ale jednak bardziej wspólnie realizowały różnorakie korzyści dzięki respektowaniu wzajemnych interesów. Choć ów tandem brytyjsko – niemiecki nie był propagandowo eksploatowany, jednak działał ze swoistym błogosławieństwem USA (partnership in leadership). To właśnie Amerykanie widzieli w tym układzie gwarancję powściągania ambicji Niemiec i to dlatego Obama tak bezceremonialnie zaangażował się w referendum brytyjskie.

Teraz Niemcy w sposób nagły stają się jednowymiarowym liderem Unii, ale sytuacja ta wbrew pozorom nie jest dla nich korzystna. Uruchamia bowiem natychmiastowy  mechanizm sprzeciwu wobec ich otwartej dominacji. Wzbudza zarówno obawy partnerów unijnych, jak i Amerykanów, którzy stracili wewnątrzunijny mechanizm kontroli aspiracji niemieckich. To właśnie dlatego Berlin niemal natychmiast podjął próbę pokazania nowego triumwiratu Unii, wracając do kooperacji z Francją i dopraszając Włochy. Jednak rażąca pozorność tej demonstracji spowodowała jedynie mobilizację wielu innych krajów europejskich, które żadną miarą nie zaakceptują takiego nowego przywództwa Unii Europejskiej. Do tego z punktu widzenia USA, ów triumwirat nie daje żadnych gwarancji utrzymania względnej nawet równowagi w ramach Unii, zatem zmusza Amerykanów do szukania alternatywnego rozwiązania.

Relatywny sukces konkurencyjnego spotkania w Warszawie (udział Hiszpanii, Grecji czy Rumunii, a nade wszystko sztywnego dotąd alianta Berlina Austrii), sukcesy Grupy Wyszehradzkiej oraz konsolidujących się wokół niej krajów środkowo-europejskich pokazują, jak bardzo duża jest w Unii niechęć do firmowanego przez Niemców jednowymiarowego przywództwa. Jest ono bowiem dziś utożsamiane z niezwykle brutalnym uderzeniem w suwerenność Grecji oraz całkowicie egoistyczną, nie liczącą się ze zdaniem żadnego innego państwa polityką w sprawach „uchodźców”. Lekcja płynąca z owego prawdziwego, niekamuflowanego przywództwa Berlina była dla wszyskich krajów unijnych niezwykle treściwa i nikt (może poza krajami Beneluksu) nie ma już żadnych złudzeń, co do prawdziwej natury dążeń niemieckich.

Tak oto Unia staje wobec najpoważniejszego w swojej historii problemu w sytuacji, kiedy wyrosły przed nią najpoważniejsze problemy. Aby sprostać takiemu wyzwaniu, musieliby pojawić się politycy, którzy mieliby z jednej strony wizję nowej Unii, respektującą idee Ojców Założycieli, oderwaną od ideologicznych, lewackich uwikłań i, z drugiej strony, mieliby niekwestionowany autorytet w swoich krajach. Takich przywódców w Unii dziś nie ma, ale również nie jawią się oni nawet na odległym horyzoncie.

W tej sytuacji Unia wchodzi w okres chaosu instytucjonalnego i braku realnego przywództwa. System ustrojowy wynikający z traktatu lizbońskiego, skrojony był przy założeniu uczestnictwa Wielkiej Brytanii. Bez niej faktycznie legł w gruzach, bowiem pozwala dziś Niemcom na niemal nieskrępowany dyktat, a z drugiej strony praktycznie na samodzielną niemal blokadę nieakceptowanych przez nie rozwiązań. Z drugiej z kolei strony zmusza pozostałe państwa do budowania chaotycznych koalicji, celem paraliżowania  narzucanych przez Berlin rozwiązań.

Taka sytuacja będzie więc czynnikiem skłaniającym do dalszej erozji Unii. Niezależnie bowiem od tego, czy Unia będzie chciała iść drogą „ściślejszej integracji” i wymuszania posłuszeństwa niepokornych krajów, czy dążyć do rozluźniania się w kierunku ograniczonego koordynatora poczynań swoich członków, jej siła atrakcyjna będzie coraz mniejsza, oferowane korzyści coraz bardziej iluzoryczne, a w konsekwencji rosnąć będzie skłonność do podążenia śladem brytyjskim. Brytyjczycy pokazali bowiem, jak relatywnie łatwo jest powiedzieć Berlinowi i unijnym biurokratom farewell.

Ściślejsza „unia karolińska”

Na potrzeby opanowania chaosu, niektórzy liderzy europejscy podnieśli po raz kolejny projekt tzw. „unii różnych prędkości”, z jej jądrem w postaci krajów byłego obszaru karolińskiego. Chociaż władze niemieckie szybko zrelatywizowały ten przekaz, obawiając się wzmożonych ruchów odśrodkowych w samej Unii ale i w krajach „karolińskiej” szóstki, to pomysł ten ciągle jest ożywiany.

Co istotne, w krajach takich jak Polska, jest on używany przez zwolenników kapitulacji wobec Niemiec oraz szermowania argumentem, w myśl którego jest to jedyna szansa zagwarantowania Polsce miejsca w „lepszej Europie”. W istocie bowiem, Niemcy i Francuzi zawsze dotąd używali tego projektu w sytuacjach, kiedy chcieli zdyscyplinować kraje kwestionujące ich dominację w Unii. Straszak ten miał „przekonywać” do przyjmowania kolejnych absurdalnych pomysłów pod groźbą pozostania poza głównym nurtem tzw. integracji europejskiej. 

Projekt ten forsowany jest przez część wpływowych środowisk niemieckich i francuskich (głównie partie socjalistyczne oraz liberalne i ich satelitów we wpływowych środowiskach intelektualnych) z jednoczesnym wskazaniem, że elementem wzmacniającym tę konstrukcję miałyby być wsparcie Stanów Zjednoczonych, zainteresowanych silnym jądrem trzymającym w ryzach Europę oraz akceptowana przez Amerykanów kooperacja z Rosją, która dzięki temu miałaby respektować określony rodzaj status quo na zachód od Bugu lub Odry. Jednak wybór Trumpa przekreślił brutalnie te naiwne rachuby.

Państwa karolińskie pozostają w przeświadczeniu, że takie ich usytuowanie zapewni im maksimum korzyści politycznych i gospodarczych i będzie podstawą stabilizacji europejskiej. Do tego „jądra” dopuszczą one wspaniałomyślnie jako junior partner te kraje, które zaakceptują tę koncepcję i uzyskają w ten sposób pewien poziom i bezpieczeństwa i dobrobytu, godząc się jednocześnie na swój w istocie satelicki charakter. Pomysł ten to nic nowego, bo przecież jest on w rzeczywistości powrotem do niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, tyle tylko że w obecnym wydaniu uzupełnionym o pozory, mające zaspokajać francuskie poczucie próżności.

Ponieważ jednak koncepcja ta wymaga w istocie zbudowania państwa ponadnarodowego, to szanse jej realizacji są znikome. Przede wszystkim dlatego, że to w tych właśnie krajach karolińskich operacja taka stałaby się jeszcze silniejszym paliwem dla ruchów odśrodkowych. Już dziś w Holandii czy Francji, wynik referendum – jeśliby do niego doszło – byłby raczej z pewnością taki sam jak w Wielkiej Brytanii. Niejasna jest perspektywa rozwoju sytuacji w Belgii, która funkcjonuje dziś w istocie jako kraj sztuczny, bowiem tylko unijne instytucje i ich pieniądze trzymają w jednym organizmie Flamandów i Walonów. We Włoszech również narasta zdecydowany sprzeciw wobec dzisiejszej Unii, a co dopiero wobec konstrukcji jeszcze silniejszej. Wreszcie koncepcja taka, zmiotłaby z powierzchni ziemi niemieckich chadeków, bowiem paliwo dostarczone takim pomysłem prawicowej AfD czy lewackim kontestatorom Unii byłoby niewyczerpane. To dlatego A. Merkel, choć ideowo przekonana do tego pomysłu, ma świadomość konieczności bardzo „długiego marszu” w realizacji tego pomysłu.

Niezależnie zwłaszcza we Francji i we Włoszech koła gospodarcze stały się głównymi orędownikami wyjścia ze strefy Euro. Przytłumione przez niemiecką machinę ekonomiczną wspieraną właśnie przez Euro, gospodarki tych krajów coraz bardziej duszą się w tym niedźwiedzim uścisku Berlina. Dlatego to właśnie z tych stron pochodzi dziś najsilniejsza presja, aby powstrzymać projekt owej sklejonej niemieckim Euro „unii karolińskiej”.

Oceniając zatem jako mało perspektywiczną szansę realizacji tego zamierzenia, nie można jednak wykluczyć że intensywne podnoszenie tej idei, stanie się narzędziem do opanowania przejściowego przywództwa w Unii oraz podporządkowywania sobie innych państw. Takie rozwiązanie jest dla Polski o wiele bardziej groźne, niż realna „unia karolińska”. Bowiem zakładając szansę realizacji projektu realnej „unii karolińskiej” z jego opisanymi wyżej gwarancjami, istniałaby przynajmniej szansa na uzyskanie jakiegoś poziomu bezpieczeństwa, stabilizacji i dobrobytu, choćby na okres przejściowy. Natomiast realizacja jedynie zewnętrznych objawów tego projektu, w postaci dyktatu niemieckiego żyrowanego przez Francuzów i Włochów, nie daje nam żadnych korzyści politycznych i gospodarczych ani gwarancji bezpieczeństwa, odbierając jednocześnie wszelką podmiotowość.

Dlatego właśnie należy użyć wszelkich możliwych środków, aby nie dopuścić do zbudowania surogatu „unii karolińskiej” wewnątrz Unii Europejskiej.

Niestety, ponieważ ta koncepcja ma pewne perspektywy jako potencjalnie jedyna metoda opanowania w krótkim przedziale czasu chaosu w Unii Europejskiej, istnieją poważne szanse że kraje członkowskie, zaniepokojone ewentualnymi konsekwencjami tego nieładu, mogą bezwiednie przyjąć to rozwiązanie traktując je jako prowizoryczne. Może ono jednak, jako sprawdzona prowizorka przetrwać dłużej, z wielkimi szkodami dla naszych interesów.

Polska perspektywa w UE

Nie ulega wątpliwości że opuszczenie Unii przez Wielką Brytanię jest dla Polski z wielu powodów fatalne. Choć można utyskiwać na pragmatyzm/egoizm polityki brytyjskiej z naszego, partykularnego punktu widzenia, to jednak stanowiła ona jedyny czynnik mogący okiełznywać w ramach Unii Berlin. 

Dzisiaj przed polityką polską stoi fundamentalne wyzwanie, zdefiniowania swojej relacji i z Unią i z Berlinem, co właściwie coraz bardziej oznacza to samo.

Pomijając wszelkie brednie o historyczno-mistycznej partycypacji Polski we wspólnym projekcie europejskim, trzeba sobie dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, o sens naszej dalszej obecności w Unii. Niezależnie od sympatii politycznych każdy obóz polityczny musi rozważyć, na podstawie doświadczeń ostatnich miesięcy, czy akceptuje sytuację w której wyalienowane i pozbawione demokratycznego mandatu ośrodki, mogą bezceremonialnie ingerować w wewnętrzne sprawy Polski. Dzisiejszym przeciwnikom PiS można poddać pod rozwagę sytuację, w której być może za kilka lat władzę w instytucjach unijnych przejmą prawicowi komisarze i to oni będą ćwiczyć niepisowski rząd tak, jak robi to dzisiaj z rządem PiSu lewacka kamanda brukselska.

Każdy kto zachował odrobinę rozumu i instynktu narodowego musi mieć świadomość, że skleszczona pozorną „unią karolińską” Unia, będzie coraz bardziej podążać w tym kierunku, a różne skrajne ideologie uzyskają w ten sposób znakomity mechanizm ingerowania w wewnętrzną sytuację junior partners.

Nie ulega wątpliwości że Polacy, decydując się na przystąpienie do Unii Europejskiej nie godzili się na takie praktyki działania. Tak naprawdę bowiem, zdecydowana większość Polaków traktowała przystąpienie do Unii w kategoriach szansy uzyskania realnej pomocy w odrabianiu cywilizacyjnych opóźnień wynikających z komunistycznej niewoli. Unijne pieniądze i  know how miały pozwolić nam na szybkie dołączenie do grona wiodących państw europejskich.

Nie oceniając na tym miejscu co i jak w tej materii zrobiliśmy wskazać trzeba, że miarą pragmatyzmu Polaków w tej materii jest ich stosunek do wprowadzenia u nas Euro. Kiedy waluta ta połączyła większość krajów Unii i początkowo wydawało się, że nadała jej ona dodatkowej dynamiki, poziom społecznego poparcia dla zastąpienia złotówki nowym pieniądzem był olbrzymi. Kiedy ujawniły się jednak pierwsze oznaki kryzysu strefy Euro, a zwłaszcza okazało się, że jest to narzędzie leżące w istocie wyłącznie w interesie politycznym i gospodarczym Niemiec, a tracą na nim prawie wszyscy inni członkowie strefy, do tego popadając w monstrualne tarapaty na tle sytuacji w Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy Irlandii, opinia publiczna w Polsce, wbrew nachalnej propagandzie euroentuzjastów, radykalnie się zmieniła. Dzisiaj tylko niewielkie niedobitki czytelników pewnego upadającego dziennika rwą się do tego by wprowadzić to samobójcze narzędzie.

Piszę o tym dlatego, że dzisiaj poziom akceptacji Polaków dla Unii należy do najwyższych w Europie. Ale pozostaje on w moim przekonaniu w ścisłym związku z trwającym absolutnym przekonaniem, że Polska ciągle korzysta finansowo na przynależności do Unii. Z tego punktu widzenia sytuacja ulegnie jednak już wkrótce radykalnej zmianie.

W 2016 roku nasz poziom płatności do budżetu Unii zbliżył się do poziomu otrzymywanych środków. Na razie jest to jeszcze wynikiem zapóźnienia polskich instytucji w realizacji programów unijnych. To zapóźnienie, przy obecnej konstrukcji wykorzystywania środków unijnych spowoduje, że w drugiej części okresu budżetowego z pewnością nie będziemy mogli uruchomić znacznej części środków dedykowanych nam pierwotnie. Ograniczenie to, przy rosnącej stawce składek do Unii (wraz z rosnącym szybciej niż w innych krajach PKB) spowoduje, iż bez konsekwencji Brexitu najpóźniej w ok. 2020-21 roku staniemy się płatnikami netto do budżetu Unii.

Brexit zmienia tę sytuację w jeszcze gorszym kierunku. Najpóźniej od początku 2020 roku do Unii przestaną wpływać brytyjskie składki. Spowoduje to konieczność gruntownej rewizji budżetu Unii na okres od 2020 do 2022, ale w istniejących parametrach nie tylko pozbawi nas dodatkowych, znacznych środków w istotnie zmniejszonym budżecie. Dodatkowo doprowadzi również do przekształcenia Polski – z uwagi na wielkość naszego PKB – w jednego z głównych płatników netto.

Polacy na taką sytuację nie są psychicznie przygotowani, ale wydaje się że również większość elit politycznych nie do końca rozumie tę sytuację. Jeśli wrócić do przykładu Euro to można się spodziewać, że za 2 -3 lata, kiedy Polacy uświadomią sobie tę jakościowo nową sytuację, staną się szybko bardzo eurosceptyczni. W mojej ocenie proces ten przebiegnie tak szybko, jak szybko doszło do zdecydowanego dystansu Polaków do wspólnej europejskiej waluty.

Oczywiście, można byłoby przyjąć, iż skoro nasza pozycja finansowa w Unii zmieniłaby się w taki sposób, to w ślad za tym powstałaby teoretycznie szansa na zwiększenie naszych wpływów w Unii. Hipotetycznie w ustabilizowanej Unii, bądź nawet w realnej „unii karolińskiej”, mogłoby to mieć rzeczywiście istotne znaczenie. Jednak w ramach pozornej „unii karolińskiej”, opierającej się na dyktacie Niemiec żyrowanym przez Francuzów i Włochów, nie ma szansy na nasze paralelne wzmocnienie polityczne. Tym bardziej, że owo wzmocnienie nie będzie przecież efektem realnego zbliżenia się naszego potencjału do Niemiec czy Francji, ale wyłącznie funkcją ogólnego osłabienia Unii, wskutek wyjścia Brytyjczyków.

Przed Polską stoi zatem w ramach Unii bardzo zła alternatywa. Sprowadza się ona z jednej strony, do zaakceptowania swojej wasalnej pozycji wobec Niemiec i ich karolińskich sojuszników z założeniem, iż ich wielkoduszność da nam określone przywileje, choć nie uzyskamy w zamian za to żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Z drugiej zaś strony jest to próba skazanego raczej na niepowodzenie, budowania swojej pozycji w opanowanej przez Niemców Unii przy świadomości tego, że będzie to Polskę kosztowało coraz więcej wpłacanych do Brukseli pieniędzy.

Trzeba zatem już dziś rozpocząć poważną debatę, na temat tego czy, a jeśli tak, to w jakiej Unii Europejskiej Polska miałaby pozostać, a jednocześnie rozważyć, czy istnieją szanse na stworzenie realnej alternatywy dla tego rozwiązania. Nie można wykluczyć, że potrzeba realizowania alternatywnych koncepcji powstanie szybciej niż nam się wydaje.