US President Donald Trump (L) and Russia's President Vladimir Putin attend a joint press conference after a meeting at the Presidential Palace in Helsinki, on July 16, 2018. - The US and Russian leaders opened an historic summit in Helsinki, with Donald Trump promising an "extraordinary relationship" and Vladimir Putin saying it was high time to thrash out disputes around the world. (Photo by Yuri KADOBNOV / AFP)        (Photo credit should read YURI KADOBNOV/AFP/Getty Images)

Jeszcze o Helsinkach czyli o „zdradzie” Trumpa i „nowej Jałcie”.

Na naszych oczach rozgrywał się przez kilkanaście dni wielki szekspirowski dramat, w którym główną rolę odgrywał prezydent Trump. Jego gra szokuje, a niektóre amerykańskie „autorytety” ochoczo rzucają oskarżenia z jednej strony o zdradę interesów Ameryki, z drugiej zaś posuwają się wręcz do przypisywania prezydentowi choroby psychicznej.

Jako zaprawieni w tej retoryce dzięki wyczynom totalnej opozycji w ciągu ostatnich lat, Polacy z dystansem – może nawet większym niż Amerykanie – obserwują ten spektakl. I dobrze, bo ważniejsze niż to co się dzieje na scenie jest to, co dzieje się za kurtyną. Do wyjątków też należą głosy rozsądku w rodzaju wypowiedzi b. Prezydenta Gruzji M. Saakaszwili (http://thefederalist.com/2018/07/18/just-like-obama-trumps-russia-policy-speaks-louder-words/)

Prześledźmy najpierw te ostatnie, gorące wydarzenia. Najpierw Trump z impetem zdominował szczyt NATO, jednocześnie czyniąc dalszy krok w kierunku całkowitego podminowania pozycji Niemiec w Europie. Przy okazji skonsumował Macrona i aspiracje francuskie i zmusił europejczyków do znaczących deklaracji finansowych. Niejako przy okazji postawił Niemcy i ich wasali wobec twardego wyboru, z kim chcą trzymać w obliczu rysującego się globalnego przesilenia. Wiernopoddańcze deklaracje Tuska i innych „liderów” obozu niemieckiego po szczycie NATO nie pozostawiają wątpliwości, że przyjęli oni z podkulonym ogonem złożoną im propozycję „nie do odrzucenia”. Podsumowaniem stało się uzgodnienie nowych zasad wymiany handlowej między UE a USA, co należy zapisać jednoznacznie na konto sukcesów Trumpa. Tym bardziej, że niejako na deser zostawił on sobie odrębne rokowania dotyczące handlu samochodami oraz wymiany produktów rolniczych.

Drugim etapem tego dramatu było porządkowanie sytuacji u swojego kluczowego światowego alianta, w Wielkiej Brytanii. Jestem całkowicie przekonany co do tego, iż w kluczowym momencie negocjacji rozwodowych z UE synowie Albionu utwardzą stanowisko pewni tego, że otworzą sobie w ten sposób nowe możliwości wynikające z zacieśnienia relacji z Ameryką. A nie ulega wątpliwości, że w dalszej perspektywie więcej mogą zyskać na tym kierunku, niż na pozostawaniu w patologicznym związku z karlejącą Unią.

No i nastał akt trzeci – Helsinki. Uwaga świata, a zwłaszcza histerycznych środowisk amerykańskich skoncentrowała się na zagadnieniu całkowicie trzeciorzędnym, a więc tzw. ingerencji Kremla w wybory prezydenckie w 2016 roku. Ponieważ ten spektakl ciągle determinuje kierunki dyskusji, całkowicie przykrywając wszelkie inne tematy, to jestem całkowicie przekonany że został on starannie wyreżyserowany przez Trumpa po to, aby właśnie przykryć istotę rzeczy.

Cała uwaga opinii amerykańskiej i światowej koncentruje się wokół kwestii rzekomo haniebnego zdezawuowania przez Trumpa amerykańskiego wywiadu i to na oczach Putina. Zwróćmy jednak uwagę na dwie rzeczy.

Po pierwsze, nie może być dziełem przypadku iż do zadania pytań służba prasowa Białego Domu dopuściła tylko takich „dziennikarzy”, o których było wiadomo, że postawią takie pytania. Nie miejmy złudzeń, na takich konferencjach prasowych nie ma żadnej spontaniczności i dowolności. To nie Polska, gdzie każdy dziennikarzyna na konferencji prasowej Prezydenta czy Premiera może bredzić co mu ślina na język przyniesie. Skoro zatem padły takie pytania, to znaczy że miały one paść i miało to służyć określonemu celowi. W moim przekonaniu chodziło o to, by nie zadać innych, może ważniejszych pytań.

Po drugie, co naprawdę powiedział prezydent Trump i co tak rozwścieczyło amerykańskich „patriotów”. Przypomnijmy zatem, co działo się latem i jesienią 2016 roku. Oto Prezydentem USA jest B. Obama, to jemu podlegają – według owych „patriotów” – najsprawniejsze służby na świecie, czyli CIA, FBI, o wojskowych nie wspominając. Jednym słowem, rządzą demokraci. I nagle okazuje się, że pani kandydatka tejże partii, wskutek złamania restrykcyjnych przepisów prawa federalnego, utrzymywała na prywatnym serwerze całą swoją tajną korespondencję z okresu, gdy pełniła funkcję sekretarza stanu. A przypomnijmy, że jej głównym ówczesnym „osiągnięciem” było wykonanie „resetu” z Rosją i można zaryzykować twierdzenie, że gros z kilkudziesięciu tysięcy jej nielegalnie przechowywanych maili, dotyczyło jej kompromitujących działań w tym zakresie.

Nie ulega też wątpliwości, że serwer Clintonów został zhakowany, innymi słowy z przypuszczeniem graniczącym z pewnością można przyjąć, że całość jego zawartości znalazła się w Rosji. Przy okazji, zapewne posługując się tą właśnie zdobyczą, rosyjscy hakerzy weszli również na serwery partii demokratycznej (zresztą można przypuszcza, że nie tylko Rosjanie, ale zapewne i Chińczycy i komunistyczni Koreańczycy). Wszystko pod nosem Obamy i obsadzonych przez jego ludzi najlepszych służb na świecie. Kiedy przecieki na ten temat zaczęły mieć wpływ na toczące się prawybory, a następnie wybory, zaczęło się „śledztwo” FBI. Już dzisiaj można powiedzieć, że jedynym jego celem było przykrycie nielegalnych działań Clintonów, a jednocześnie ochronienie centrali Demokratów, przed najdalej idącą kompromitacją. Dyrektor FBI Comey stanął zatem na czele swoistego spisku, którego celem było takie zagmatwanie sprawy, by nie wyszły na jaw przestępstwa Obamy i jego komilitonów oraz Clintonów. W efekcie okazało się, że dzięki „zdecydowanym działaniom najlepszych służb FBI”, zaginęły nie tylko serwery Clintonów i centrali Demokratów, ale również ich maile. Cyrk z wyjaśnianiem okoliczności zabójstw Johna i Roberta Kennedych jest niczym, w porównaniu z tymi osiągnięciami FBI. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że i CIA dziwnym trafem nie zdołała ochronić biednych Demokratów przed działaniami FSB.

To dlatego jeszcze na etapie kampanii wyborczej rozpoczęły się skoordynowane działania – także ze strony tych ośrodków amerykańskich, czego nie taił nawet sam Comey – aby po prostu wrobić Trumpa w tę aferę. Trumpa, który oczywiście częściowo wykorzystał ten cyrk w swojej kampanii aby pokazać, do jakiego dna doprowadziła amerykańskie interesy administracja Obamy i rodzina Clintonów.

Cyrk ten cały czas jest rozgrywany przez funkcjonariuszy FBI i CIA, którzy – co oczywiste – boją się odpowiedzialności za swoje „wybitne osiągnięcia”. To oni, wykorzystują histerię Demokratów, którzy jak ognia boją się wyjaśnienia tej afery, a zwłaszcza ewentualnego odnalezienia owych maili i serwerów, ale również naiwność i głupotę kilku republikanów pokroju zestarzałego, schorowanego i nic już nie rozumiejącego Johna Mc Caina.

Pomijam już to, że czynienie komukolwiek zarzutów, że zamierza wpływać na wybory w innym państwie zarzutu, jest już szczytem naiwności. Na gruncie amerykańskim robią to Demokraci, których idol Obama przy kamerach wypraszał w 2012 roku u Miedwiediewa, aby Rosjanie pomogli mu w zwycięstwie wyborczym. Potem mieli bez problemu załatwiać różne interesy. Jakoś mało kto o tym dzisiaj pamięta. O obyczajach europejskich w tej materii nie będę już wspominał, bo przecież nikt naiwny nie przyjmie, że za enuncjacjami zawierającymi preferowane sympatie w różnych krajach wyrażanymi w Berlinie, Brukseli czy Paryżu, nie idą działania ich agentur wpływu, na przykład w zdominowanych przez te ośrodki mediach.

Jeśli jednak Trump zdecydował się na ten spektakl i dopuścił, aby konferencji prasowej w Helsinkach nadać taki kierunek, to nie ulega wątpliwości że wyłącznym tego celem było odwrócenie uwagi od istotnych ustaleń tego szczytu. Ustaleń, o których obaj prezydenci po prostu nie chcieli mówi

.

I tu pojawia się pytanie, czy może doszło jednak do wieszczonej przez defetystów „drugiej Jałty” i właśnie o tym i Trump i Putin nie chcieli mówi

? Przyjrzyjmy się temu problemowi.

Niemal wszystkie poważne ośrodki analityczne nie mają złudzeń co do tego, że rozpoczęła się już druga zimna wojna. Konfrontacja amerykańsko – chińska jest już faktem i wydaje się, że mimo podejmowanych początkowo przez administrację Trumpa prób znalezienia modus vivendi z Chinami, do porozumienia nie doszło. Przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że wielka wojna handlowa staje się faktem, a w konsekwencji przenosi się ona na wszelkie pozostałe obszary. Co więcej, niemal wszyscy wieszczą eskalację napięć, nie wykluczając nawet wojny na Dalekim Wschodzie.

Z tego punktu widzenia zmienia się optyka amerykańska na miejsce Rosji w spodziewanej konfrontacji. Jest ona konsekwencją – moim zdaniem bardzo słusznego – założenia, że Rosji nie opłaca się w tej konfrontacji stać po stronie Chin. Jest tak dlatego, że to właśnie ona będzie główną i pierwszą ofiarą ewentualnego zwycięstwa Chin. Dlaczego?

Już teraz Chiny de facto kontrolują większość rosyjskiego Dalekiego Wschodu. Przejmują kontrolę demograficzną, władztwo ekonomiczne, a Rosja w dużym stopniu jest uzależniona od odbioru swoich surowców energetycznych przez Chiny. Chiny mogą sobie pozwolić dzisiaj na rezygnację z rosyjskiej ropy czy gazu, ale Rosja bez eksportu do Chin upadnie w mgnieniu oka. Chiny stopniowo przejmują kontrolę nad byłymi sowieckimi republikami środkowoazjatyckimi. Konsekwentna realizacja połączeń komunikacyjnych i rozbudowa sieci gazo i rurociągów, włączanie tych republik w krwioobieg gospodarczy Państwa Środka, prowadzi do całkowitego upadku wpływów rosyjskich. Jakikolwiek kryzys wewnętrzny w Rosji, skutkujący choćby, częściową utratą zdolności militarnych, i tak dość iluzorycznych na Dalekim Wschodzie, spowoduje całkowitą niemożność utrzymania tego obszaru przez Rosję. No chyba że pogodzi się ona z losem chińskiego wasala, na co jednak się nie zanosi.

Jeśli dodamy do tego pewne zdolności Rosji do wpływania na sytuację na Bliskim Wschodzie, a to w szczególności poprzez Iran czy Syrię, widzimy jak bardzo wiele dziś łączy interesy amerykańskie i rosyjskie. Oczywiście w sytuacji konfrontacji z Chinami.

To dlatego administracja amerykańska wykonała gwałtowne ruchy w kierunku KRLD dając Kimowi nadzieję, na wyrwanie się z chińskiego uzależnienia w obliczu rysującego się konfliktu. Notabene, naiwni obserwatorzy nie dostrzegają, że dzięki temu genialnemu posunięciu, niemal całkowicie legł w gruzach irański program atomowy, którego głównymi promotorami byli Koreańczycy. I za chwilę Iran stanie w obliczu katastrofy.

Jest jeszcze jeden problem, który ustawia Putina w roli petenta. Zapowiedziane przez Trumpa przyspieszenie modernizacji amerykańskich sił zbrojnych, utworzenie wojsk kosmicznych, zdynamizowanie prac nad systemami obrony przeciwrakietowej, to wszystko oznacza taką skalę zbrojeń, którym i tak już skrajnie osłabiona gospodarczo Rosja nie ma szans się przeciwstawić.

Za kilka lat cały rosyjski arsenał nuklearny – jedyne co jeszcze czyni z niej supermocarstwo – będzie zwykłym złomowiskiem. Świadomy tego Putin, który co rusz próbuje epatować świat jakimiś nowymi rodzajami uzbrojenia wie, iż jak najszybciej musi doprowadzić do deeskalacji tego procesu, co oznacza dążenie do obopólnej redukcji zasobów. I w tym jednak wypadku, Rosja może być jedynie pokornym petentem Ameryki.

Czy te, jak i wiele innych elementów uzasadniają zatem stwierdzenie, iż w Helsinkach doszło do nowej Jałty, której ofiarą będzie Polska i kraje byłej rosyjskiej strefy wpływów.

W moim przekonaniu cały ten spektakl służyć miał przede wszystkim nie dopuszczeniu do zdemaskowania, że to właśnie Putin robi mocny krok w tył. Zresztą uważna analiza jego mimiki zdaje się potwierdzić, że wcale nie czuł się zwycięzcą tych rozmów. Jest tak dlatego, że administracja Trumpa ma świadomość tego, że Rosję można – wykorzystując jej obecne położenie – tylko zmusić do kooperacji, ale mając jednocześnie pistolet przyłożony do jej czoła. I takim pistoletem jest z jednej strony forsowany wyścig zbrojeń, z drugiej zaś strony związana z Ameryką Europa Środkowa, z odgrywającą w niej kluczową rolę Polską. Jest tak tym bardziej, że to właśnie tak zorganizowana Europa Środkowa, jest takim samym pistoletem przy czole Berlina i najlepszym narzędziem do utrzymywania w dyscyplinie europejczyków zachodnich.

Dla Polski jest to znakomita wiadomość. W dającej się przewidzieć przyszłości tylko Ameryka jest w stanie nas obronić zarówno przed Moskwą jak i Berlinem. Związki z Ameryką pozwalają nam utrzymać się roli czołowego jej sojusznika z szansą, na uzyskanie statusu regionalnego minimocarstwa. Zamiast mrzonek o jakimś europejskim aliansie z Berlinem i Paryżem na czele, który miałby nas chronić, skupmy się na wzmacnianiu naszej pozycji w ramach tak projektowanej najbliższej przyszłości. Tylko tak uzyskamy maksimum korzyści dla Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>